

| ona_83 | 16. Styczeń |
| siaczek1991 | 16. Styczeń |
| Aterluna | 16. Styczeń |
| jupik89 | 16. Styczeń |
| milki | 16. Styczeń |
jacksparrow | 00:10:27 |
Edek_2 | 00:17:27 |
Rognar | 00:25:46 |
Anetastp | 00:48:42 |
Landexpzglosy | 01:00:32 |

Zainspirowana wpisem Forever postanowiłam napisać o swojej historii.Nie będę opisywać szczegółów bo nie chcę do tego wracać ale chcę napisać że pomimo traumy którą przeszłam, nieprzespanych nocy , płaczu , szaleńczych pytań ,,dlaczego...............''warto dać szasę i spróbować.Myślę na swoim przykładzie ze nie tylko,, kryształowy mój rycerz'' ale ja sama troszkę się przyczyniłam do zdrady.Za bardzo ufałam, popełniłam grzech ,,zaniechania''.O miłość trzeba dbać, pielęgnować , szanować, gdy się myśli że szczęście i miłość dostajemy wraz w pakiecie z obrączką to popełnia błąd.Niestety szarość dnia codziennego, problemy choroby nie są sprzymierzeńcami gorącego uczucia i często się w tym gubimy i szukamy odskoczni która daje nam tzw.szczęście...
Trudno mi było zrozumieć zdradę , przebaczyć ale kochałam męża i nie wyobrażałam sobie życia bez niego .Czytając wasze wpisy zrozumiałam że nie zwariowałam , tylko tak wygląda obraz dochodzenia do siebie(urządzałam mu co tydzień okropne jazdy), Zaczęliśmy na nowo rozmawiać , zabiegać,daliśmy sobie szansę .Napisałam tu dlatego, ze czasem warto zastanowić się i spróbować powalczyć o tą zagubioną miłość.
A i dla jasności też dałem szanse , wybaczyłem i puki co nie żałuje
Pomoc specjalisty,też jest wskazana i bardzo potrzebna,nie tylko terapia dla par.Trzeba włożyć sporo wysiłku w odnowę, ale to się często opłaca
Komentarz doklejony:
takizly,rozumiem co masz na myśli.Też u mnie nie wchodził w grę skok w bok w trakcie małżeństwa,jednak po zdradzie miałam myśli o odwecie.Była we mnie chęć zemsty.No ale to chyba prawie każdy tak miał.Znienawidziłabym się za to gdybym tak zrobiła.
mimo iz nie bierze juz laptopa,nie wchodzi tam to ciagle o tym mysle...
Ale...
Cytat
Bzdura i mega oszustwo popełnione na samym sobie, które jest wręcz niebezpieczne w dalszej perspektywie.
...że niby za bardzo ufając, prowokujemy zdradę? Czy nie ufając możemy jej uniknąć? Co to znaczy ufać za bardzo i jak ufać mniej, żeby do zdrady nie doszło? Rozumiem, że trzymając potencjalnego zdradzacza na krótkiej smyczy tudzież przykutego do kaloryfera możemy uniknąć piekła, przez które przechodziliśmy?
...że niby za zaniechanie grozi zdrada? Za jaki kaliber owego zaniechania? Za pustą lodówkę w poniedziałek? Za brak wyprasowanej ulubionej koszuli? Za 2 kilo więcej? A może za niechęć do seksu po 10-godzinnym dniu pracy? (celowo wyolbrzymiam, żeby było jasne).
Czy zgadzając się bezwarunkowo na wszystko, o czym zajęczy nasz zdradacz, będąc na każde zawołanie mamy pewność, że do zdrady nie dojdzie?
Być może desperacja, by zatrzymać zdradzacza jest w niektórych z Was tak duża, że podpowiada Wam tak (wybaczcie) głupie pomysły. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Zaniedbanie i owszem, skutkuje problemami w związku, rozluźnieniem więzi, mijaniem się etc. Ale to, co wyżej o niemal zasłużeniu sobie na zdradę, trąci sekciarskim praniem mózgu.
Już wręcz nudnym jest powtarzanie, że za kłopoty w związku odpowiadają zwykle (nie zawsze) obie strony, ale już za samą zdradę, jako za jednoosobowy wybór, odpowiada TYLKO zdradzacz. Mógł inaczej sygnalizować niedobory i wadliwe fragmenty pożycia. Mógł dawać znaki dymne, że czuje się tak czy siak. Mógł w końcu odejść lub choć zagrozić odejściem.
No właśnie...mógł, ale wybrał deptanie, oszukiwanie i wbijanie noża w plecy.
Zestawcie teraz z jednej strony owe zaniedbania i zabójstwo, jakim jest zdrada z drugiej. Naprawdę da się to jakoś porównać, że już nie wspomnę o próbie równoważenia, jak to robi autorka wątku?
Cytat
Otóż to.
...i żeby nie było: dałam szansę ponad 3,5 roku temu.