Feralne urodziny
Dodane przez Lesny_dziad dnia Lipca 29 2022 20:04:14
Czołem, fajnie, że trafiłem takie forum - może pomoże mi pozbierać myśli.
Od początku: ja 40 lat, żona 42, małżeństwo od prawie 20. Trójka dzieci - 18, 16, 7. Rzadko imprezujemy, bo najzwyczajniej w świecie nie lubimy, wolimy posiedzieć sami lub ze znajomymi (w małej ilości). Alkohol - żona sporadycznie piwko w domu (ze 2 piwka co 2-3 miesięce, więc naprawdę sporadycznie), ja - jeszcze bardziej sporadycznie. Młodość mieliśmy aż za mocno szaloną, więc już się wyszumieliśmy. Jednak jak powiemy sobie, że pijemy na imprezie, to pijemy na 100%. ;P
Sytuacja: urodziny brata, grill z alkoholem. Mi nie wchodziło, więc piłem "na 80%". Po północy wszyscy byli już wcięci, karaoke, tańce. Żona ze znajomą tańczyły w towarzystwie dwóch innych gości (widzieliśmy ich pierwszy raz). Jeden z nich zapytał się mnie, czy nie mam nic przeciwko temu, że moja żona tak tańczy z innymi (na tarasie), a ja tymczasem siedzę w domu przy karaoke. Co miałem odpowiedzieć? Że mam 100% zaufanie do żony, jeśli chce tańczyć - niech sobie tańczy, przecież nic się nie dzieje. Na imprezie bawiło się jeszcze kilkanaście osób, jedni tańczyli, inni bawili się w karaoke, kto chciał siedział przy ognisku, albo w domu...
Jak zwykle na takich imprezach, nie musieliśmy się pilnować ani trzymać na łańcuchu. Zawsze potrafiliśmy się znaleźć, jeśli była potrzeba albo ochota. Jeśli któreś z kimś wychodziło lub "znikało" - informowało drugą połówkę o tym gdzie i z kim jest. No, ale około drugiej zorientowałem się, że od jakiegoś czasu nie widziałem żonki i zainteresowałem się, co tam u niej...
Obszedłem ogródek, dom; stwierdziłem, że pewnie jak zawsze ma telefon w kieszeni, więc zadzwoniłem. Cisza. Druga runda, łącznie z zajrzeniem do łazienek, kolejna próba zadzwonienia... lipa. Zajęło mi to łącznie jakieś 15 minut (zaczepiany przez innych gości, a i nie szukałem jakoś panicznie). Wyszedłem przed dom, poza ogrodzony teren, odpaliłem fajkę i postanowiłem zadzwonić jeszcze raz. No i zobaczyłem - światełko w tunelu. Za rogiem i za kolejnym rogiem (na szczęście z siatki, żeby nikt mnie nie posądzał o fantazjowanie), tam, gdzie światło cywilizacji już ledwo co sięgało, zaświecił telefon. W ręku mojej żony opartej o słupek, a nad nią wisiał jeden z gości, z którym jakiś czas temu wywijała na parkiecie (jakieś podskoki, nie żadne tango). Jak obuchem w łem. Wytrzeźwiałem w kilka sekund (heh, nie sądziłem, że jest to możliwe) i zapytałem się "co tu się odpierdziela"? "My tylko rozmawiamy" - odpowiedział typ, zaś moja żona odpowiedziała agresją w stylu "po co się przypierdzielasz"?
Zażądałem od żony wytłumaczenia sytuacji, ale strzeliła focha. Próbowałem oddalić się, abym teraz ja mógł zapytać na osobności żonę o co chodzi. Typ zaś pomimo moich kilkunastokrotnych nawoływań "nie idź za nami", "nie mów do mnie", przeszkadzał mi w nawiązaniu kontaktu z żoną swoją mantrą "tylko rozmawialiśmy" i "nie chcę żebyś bił za to żonę" (sic!). W końcu nie wytrzymałem, złapałem żonę za rękę i pociągnąłem za sobą, aby oddalić się od gościa, ten mnie szarpnął... no i tak jakoś poszło, że swoje dostał (choć wielu ludzi mówi, że nie zna spokojniejszego człowieka ode mnie). Gospodarze z częścią gości odprowadzili go (awanturował się ponoć jeszcze), z żoną nie doszedłem do kontaktu. Znamy się od lat, więc wiem, że świadomość zostawiła już w którejś szklance. ;)
Tyle z brazylijskich seriali. Zostaje rzeczywistość. Boli nie tyle sam fakt "flirtu" po alkoholu... bo to już przerabialiśmy na pewnym weselu naście lat temu. Nie potrafiła się (też już na odcięciu) oprzeć członkowi bandu. Ech - zachowała się wtedy podobnie, dostała plaskacza na otrzeźwienie (to był pierwszy i jedyny raz, kiedy uderzyłem żonę), pofochowała przez dwa dni, ale jak przypomniałem o co poszło, to temat się urwał i żyliśmy dalej normalnie. Nawet myślałem, że zdążyłem zapomnieć o tej sytuacji, ale wróciła po latach.
Tutaj jednak sprawy poszły dalej - rozumiem jak zachowuje się człowiek w stanie upojenia, ale nie szuka się miejsca z daleka od wszystkich rozmawiających w parach, trójkach czy innych konfiguracjach tylko po to aby porozmawiać; nie ignoruje telefonu męża... chyba, że nie chce się być przez niego znalezionym. No i reakcja po - zero skruchy. Wręcz przerzucenie winy na mnie, bo czepiam się nie wiadomo o co. Zawiodłem się potrójnie. Wolałbym nawet zastać ich w łóżku, ale gdyby żona okazała jakąś skruchę.
Minął prawie tydzień. Nie potrafię skupić się na niczym. Zaczynam podejrzewać, że wiem jak czują się schizofrenicy. Przed oczami ot tak zaczynają pojawiać się obrazy... wystarczy, że jakieś słowo wywoła skojarzenie i wyrywa przynajmniej godzinę z życiorysu. Tysiące pytań. Momentami nosi mnie tak, że rozszarpałbym żonę, albo zerwał panele... ale wiem, że poczułbym się gorzej. Gdy więc myśli nachodzą, udaję przed samym sobą, że śpię. Tak, póki co jest mi najłatwiej się ich pozbyć. Z czasem odejdą. Oby. Boję się tylko wielu skojarzeń, które pewnie będą wracać przez lata.
Żona oczywiście poczuwa się do winy i źle jej z tym, jak widzi, że się męczę. Gdy opowiedziałem jej co widziałem, wróciły do niej pewne wspomnienia... ale oprócz tego nie pamięta nic więcej. Od innych gości, nie znających całej sytuacji (poszukiwań) sprawa wyglądała prosto: "napił się i przywalił do żony za to, że gada z jakimś gościem i jeszcze go oklepał".
Znamy się nie od dziś, więc wie, że rzadko co jest w stanie wytrącić mnie z równowagi, a jeśli w grę wchodzi bicie kogoś na urodzinach brata, to znaczy, że nie było innej opcji. Pierwszego dnia postawiłem jasny warunek "totalna abstynencja dla obojga". Komicznie jest mi teraz napisać, że jestem pewny, że to w pełni rozwiąże problem "rozwiązłości", ale wiem, że tak będzie.
Co dalej? Nie wiem. Z jednej strony, przekreślać wszystko przez taką "duperelkę?". Kto z nas jest świętoszkiem w związku? Samą "zdradę" można traktować kategorią sukcesu "chciał złowić pijaną, ale mu przeszkodziłem, ha!"... ale ciężko mi przełknąć to "zlanie sprawy". Sam nie raz byłem nachlany, ale zawsze była granica "uważaj! mama dzwoni! nie odbierasz na własne ryzyko". Jak się coś odwaliło, to też miało się świadomość konsekwencji, co najwyżej się je bagatelizowało.
Da się zapomnieć? W przypadku, gdy chciałbym, aby ta sytuacja przekuła się w fundament - jak sprawniej wrócić do normalności? Czytałem tu o kuszącej ścieżce samorozwoju, ale boję się o to, że żona pozostawiona sama sobie nie będzie potrafiła samodzielnie odbudować zaufania i odda walkowera, a szkoda by było. Nas, dzieci... lat. Dać czas sobie (tylko na co - myśli i tak będą wracać niezależnie od tego czego bym nie wybrał)? Zająć się sobą i liczyć na to, że czas sam wyleczy rany, a żona odbuduje zaufanie samodzielnie? To chyba tak nie działa... myślę, że to raczej buduje się razem. Czy może od razu zająć się "nami", bo ten etap - odbudowy związku i tak będzie trzeba przejść? Jest sens czekać aż "się samo wybaczy"? To już chyba zostanie w głowie na zawsze.
Sorry za chaos, ale chyba po prostu musiałem się wypisać. No i jeszcze jedno - bo z tym też się biję. Taka rozmowa na boku w opisywanej sytuacji mieści się w kryterium zdrady? Bo może się rozckliwiam i to ja potrzebuję plaskacza na otrzeźwienie?
Rozszerzona zawartość newsa