Wyszukiwarka


Nawigacja
Strona Główna
Dodaj zdradę
Artykuły
Kontakt
CZAT (jest 0 zobacz kto)

Ekipa portalu
Test na wierność
Portal w pigułce


Wasze zdrady
Zdradzone przez męża
Zdradzeni przez żony
Zdradzone przez chłopaków
Zdradzeni przez dziewczyny
Zdradzeni w innych związkach
Zdradziłem - zdradziłam
mama/tata zdradza

Wzory dokumentów
Porady prawne

Zbanowani użytkownicy
Polityka cookies
Postrzeleni kulkami
Użytkowników Online
Gości Online: 15
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 13,905
Najnowszy Użytkownik: Beer900
Ostatnie Artykuły
Potęga przebaczenia
Jak rozwiązać proble...
Dziecko ofiara małże...
Życie po zdradzie
Ból emocjonalny R...
Reklamy...
Takie tam, w urodziny.
Zdradzona przez mężaCześć.

Moja historia zapewne jest banalna, ale czuję, że muszę się nią z kimś podzielić, bo mam wrażenie, że terapia dla par nie załatwia sporej części "problemu". Mianowicie, nie załatwia mojego problemu z tym co mnie spotkało, bo pracujemy nad związkiem a nie nad poprawą mojego samopoczucia i moich przemyśleń nad tematem. Podstawowe dane: Małżeństwo ze stażem kilkunastoletnim. Romans trwał około dwóch lat.

Tytuł jest nieprzypadkowy. O tym, że mąż mnie zdradza dowiedziałam się w jego urodziny. To, jak się czuje żona, po wspólnym wypadzie na miasto, z przygotowanym torcikiem, prezentem i "planami na wieczór" słuchając przez drzwi od łazienki miłosnych wyznań wypowiadanych do jakiejś kobiety przez telefon, trudno w ogóle opisać. To, jak się czuje żona słuchając bezczelnych zaprzeczeń męża gdy już z łazienki go wywołała, nie nadaje się do zacytowania. To, jak przez następne trzy doby jest okłamywana, posądzana o przywidzenia, przesłyszenia i brak umiejętności czytania ze zrozumieniem wyłuskanych z różnych urządzeń treści, nadaje się na encyklopedyczny przykład przy zdjęciu z gębą zdradzającego męża. Podejrzewam, że dowolnego przedstawiciela gatunku.

Padały takie klasyki jak "to nie tak jak myślisz", "to tylko takie wygłupy", "źle to odczytujesz", "nic się nie wydarzyło, to tylko takie gadanie" oraz moje ulubione, nieco bardziej nowatorskie dzieło pt.: "Nigdy w życiu nie dotknąłem innej kobiety nawet gołą ręką". Ten ostatni zwrot, w kontekście tego, czego się później i tak dowiedziałam, uważam za szczególnie parszywy i obrazujący do jakiego stopnia zakłamania i bezczelności potrafi się posunąć zdrajca. Przynajmniej zanim przyjdzie do niego konkluzja, co tak naprawdę zrobił i jakie są tego konsekwencje.

Przez pierwsze dwa tygodnie właściwie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Brak snu, nieustanny ból głowy, kompletny brak apetytu. Niby pamiętam wszystko dość dokładnie, niby byłam w pełni świadoma otoczenia, ale nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Nic nie było ważne, nic mnie nie interesowało, nic nie poruszało. Jedynym, co robiłam z zawziętością i bez ustanku to próby ustalenia jak daleko sprawy zaszły. Odzyskiwanie danych, dostęp do maili, analiza zachowań i podważanie mało wiarygodnych wyjaśnień. Bo warto tu wspomnieć, że mąż "walczył" z przykrą dla niego rzeczywistością dość silnie, choć względnie krótko. W ciągu trzech dni zerwał kontakt, ale jeszcze nie przyznał się do wszystkiego. Wiedziałam to doskonale i z każdym dniem wyciągałam nowe fakty aż w końcu po tygodniu postawiłam sprawy na ostrzu noża, dałam mu dzień na zastanowienie się, co robi. Wtedy wrócił z pracy i przyznał się do romansu. Początkowo twierdził, że rok, w toku późniejszych dowodów i ustaleń okazało się, że sprawa sięgała swoimi korzeniami do jakichś dwóch lat wstecz. Od razu sam zgłosił chęć pójścia na terapię, poszukał specjalistycznej pomocy.

On zrzucił balast, można powiedzieć, zawalił swój sufit na moją głowę. A co ze mną?

Było jedno, wielkie pasmo zgniatającej świadomości, że oto mój mąż, któremu ufałam bezgranicznie i w tym idiotycznym, ślepym zaufaniu, ignorowałam (oraz tłumaczyłam sobie innymi przyczynami, zakładając jego niewinność) pewne oznaki, zrobił dokładnie to, na co one wskazywały. To, co gdzieś pod skórą czułam, ale obwiniałam się za nadmierną podejrzliwość i sama sobie wmawiałam, że na pewno tylko mi się wydaje. Gorzej, cieszyłam się, mimo poczucia zazdrości, że mój "introwertyk" wyszedł wreszcie trochę do ludzi i ma częściej czas dla kumpli. Co mi tak naprawdę ułatwiało to samooszukiwanie? Fakt, że nasze małżeństwo nie było złe, przynajmniej nie z mojej perspektywy a teraz już wiem, że również z jego. Mieliśmy wspólne sportowe pasje, jeździliśmy na wycieczki, spędzaliśmy razem sporo czasu i co i rusz dochodziły jakieś nowe rozrywki, które pozwalały nam spędzać go razem więcej. Seks, może i nie był już taki rozbrykany jak na początku związku, ale był całkiem satysfakcjonujący. Nawet to, że to ja byłam główną inicjatorką tłumaczyłam sobie tym, że mąż tak po prostu ma, że woli poczekać na mój sygnał, żeby było "na pewniaka". Poważniejsze kłótnie może ze trzy przez całe dotychczasowe małżeństwo można uznać wręcz ze patologię i na terapii okazało się, że owszem, to nie było normalne i zostało okupione ustępstwami. Wyszło na to, że moimi.

Mąż nie chciał dzieci, więc przystałam na to mimo początkowej, dość naturalnej mojej chęci ich posiadania. Racjonalizowałam sobie ten stan, wmawiałam tak długo, aż sama uwierzyłam, że nie chcę. Chciałam, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił towarzystwa, więc "w gości" nie chadzaliśmy, nie zapraszałam też nikogo za bardzo do domu. Trochę niezręcznie jest siedzieć z ludźmi przy grillu gdy mąż nawet do nich nie wyjdzie tylko siedzi w sypialni na słuchawkach i nawet się czasem nie przywita. Ale tłumaczyłam sobie to tym, że taki charakter i ja w sumie nie potrzebuję gości, byle był szczęśliwy.

Mąż nie lubił moich koleżanek i nawet wykręcił mi raz awanturę gdy się zasiedziałam u jednej, więc przestałam mieć koleżanki czy choćby jedną przyjaciółkę. Przecież ja nie potrzebuję przyjaciół, mam dość zajęć i pomysłów co robić z wolnym czasem. Jestem samowystarczalna. A on, ważne, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił moich firmowych ognisk, urodzin czy integracji. Nawet jak już poszedł za moją namową, to siedział na uboczu struty, więc zostałam jedną z tych, co nawet jak już pójdzie to sama i zmywa się czym prędzej do domu. Co z tego, że jemu nigdy nie zabraniałam, wręcz namawiałam by z kolegą wyskoczył na piwo czy na kawę bo przecież musi się odstresować po pracy. Nie przedstawiał mi swoich kolegów. Trudno. Najważniejsze, żeby był szczęśliwy.

Chciał trenować? Kupowaliśmy hantle. Chciał odpoczywać? Dawałam mu przestrzeń i spokój. Nie sprawdzałam mu telefonu, nie sprawdzałam co robi, gdzie jeździ. Bo przecież mężczyźni mają "swój świat" i prawo do bycia jednostką w związku. Ja swoje bycie jednostką ograniczyłam do książek, paru gier i pogaduch w internecie z ludźmi, którzy byli "bezpieczni" dla samopoczucia męża, bo wystarczyło zamknąć klapę laptopa i znikali.

Chciał żebym poszła do pracy, która mnie nie interesowała? Poszłam. Wspomniał coś o "fałdzioszkach"? Schudłam. Chciał Chciał nietypowy samochód? Kupił i sprzedał za bezcen stawiając mnie przed faktem dokonanym już przy podpisywaniu umowy. Poczułam się zdradzona, zła, ale wybaczyłam. Wypominał mi tą złość przez lata. Mówił - nie zmienię auta na "jakieś tam", bo "znowu będziesz się awanturować". Tak, jakby jedna reakcja na oczywiste zatajenie przede mną ważnego dla naszych finansów faktu sprawiała, że jestem czepialską heterą. Tak się czułam gdy to powtarzał. Sprzedał dobre, wygodne auto, które lubiłam i zamienił na gorsze? Też mi wypominał, że mi było szkoda. W końcu wszystko co dotyczyło nawet pomysłu zmiany samochodu wywoływało u niego komentarze w tym stylu pod moim adresem. Mimo, że już dawno przestałam się przeciwstawiać czemukolwiek w tej kwestii, obciążał mnie piętnem tego, że on przecież nie kupi "bo ja". Ignorował gdy mówiłam "a kupuj" i trzymał się swojej wersji. A ja naprawdę już miałam gdzieś co kupi i za ile. Bo chciałam, żeby był szczęśliwy.

Mąż nie lubił zajmować się sprawami organizacyjnymi i prawnymi? Ja się zajmowałam. Pity, ubezpieczenia, zakupy nowego sprzętu, urzędy? Ja. Do tego stopnia, że to ja wymyślałam gdzie można pójść i to płaciłam za urodzinową kolację w restauracji, na którą mnie "zabrał". Ale czy to ważne? Poszliśmy tam razem i na tym się skupiałam a nie tym, kto przyłożył kartę do czytnika. Mimo, że czułam dyskomfort, nie uznałam go za ważny. Ważne, że mąż był zadowolony.

Mąż nie lubił pewnych potraw, więc wykreśliłam je również z mojego menu i przestawiłam kuchnię na jego ulubione dania. Czy to mi przeszkadzało? Oczywiście, że nie. Mogę przecież nie jeść kapusty czy golonki. I tak nie są zbyt zdrowe. Największa moja radość to gdy zjadł a na pytanie "Czy mu smakuje" odpowiedział "Może być".

Czy sam kiedyś pochwalił? Nie. Niezapytany nie pochwalił nigdy za nic. Musiałam się dowiadywać "czy ładnie wyglądam", żeby usłyszeć zdawkowe, że "zawsze ładnie wyglądam". Zawsze, to takie nigdy, ale musiało mi przecież wystarczyć. I wystarczało. W jakimś stopniu bo poczucie nieatrakcyjności rosło sobie zdrowo mimo tego, że starałam się zawsze być schludna, umyta, szczupła i "sportowa". Sport i moro. Żeby cieszyć oko męża i spędzać razem czas. Nawet jeśli po dniu pracy nie chciało mi się robić kilkunastokilometrowych marszy po lesie bo nogi mi odpadały. Trochę poboli, ale przecież to dobre dla zdrowia i ten czas spędzony razem. Prawda? Z resztą ja też lubię łazikować. Co z tego, że nie zawsze mam siłę. Znajdę. Dla niego zawsze znajduję.

Mąż nie lubił całej mojej rodziny, szczególnie moich rodziców. Pewnie najbardziej dlatego, że musieliśmy z nimi mieszkać z przyczyn głównie finansowych a potem to jakoś się zapętliło. To prawda, to nie są najlepsi ludzie pod słońcem. Ojciec - funkcjonalny alkoholik ze skłonnością do przemocy, matka z problemami emocjonalnymi i hazardzistka. Oboje trochę toksyczni, lubiący budzić u swoich "ofiar" poczucie wdzięczności za rzeczy, które były ich zakichanym rodzicielskim obowiązkiem oraz poczucie długu, włącznie z zadłużaniem nas "na zeszyt" za "życie" gdy nie mieliśmy pieniędzy. Chore? Tak. Ale nie są też pod słońcem najgorsi. Są za to na pewno w jakimś stopniu uciążliwi. Co robił mój mąż? Przychodził do mnie by narzekać na teściów a ja czułam, że muszę albo zareagować, albo ich wytłumaczyć. Więc to właśnie robiłam. Teściowie przychodzili do mnie narzekać na męża, a ja czułam, że teraz muszę jego tłumaczyć przed nimi. Tłumaczyłam tak jednych przed drugimi kilkanaście lat. Nikt z całej trójki nie interesował się absolutnie ani razu jak ja się w tym wszystkim czuję i czy ktoś mi w tym wszystkim okazuje jakieś wsparcie. Ale byłam silna. Ważny był dla mnie spokój w domu i brak kłótni. Brak kłótni był dla mnie równoznaczny ze szczęściem męża. Więc brałam to wszystko na siebie i nie narzekałam. Na nic. Przez kilkanaście lat.

W końcu zaczęłam narzekać a dokładniej - przeciwstawiać się trochę. Odsyłać do źródła, albo mówić, żeby sam z danym problemem zawalczył, bo ja nie zmienię świata w pojedynkę na taki, jakiego on oczekuje. Nie dam rady nic zrobić z kierowcami na drodze, debilami w pracy i teściem wkładającym do zlewu brudne talerze. Pewnych rzeczy nie potrafię zmienić a z pewnymi, jeśli mu przeszkadzają, może zadziałać sam. To były skromne próby. W stylu "ciągle marudzisz na to samo" albo "to może idź i powiedz". Skończyły mi się chyba pokłady cierpliwości i/lub odporności. Odcięta od wszystkich i wszystkiego, zdana wyłącznie na siebie, rozjemca, negocjator i organizator w jednym. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że wtedy właśnie mój mąż uznał, że go już nie kocham. Że się nim nie interesuję i mam jego "problemy" oraz jego samego gdzieś. Że tylko on w tym związku o niego dba, bo robi mi herbatę i daje buziaka. Że tylko on w tym domu coś robi i nikt go nie docenia.

A kto go docenia? Koleżanka z pracy. Podstarzała metresa, mężatka narzekającą na męża, której on, mój bohater, służył koleżeńską radą jak sobie w małżeństwie chłopa "ustawić". Jak o związek zadbać i ogólnie co robić gdy się źle dzieje. Doradzał terapie, szczere rozmowy, zmianę nastawienia a potem, gdy już przekonała go, że to wszystko wina jej męża a ona to jest jakiś ósmy cud świata, zaczął zachęcać do rozwodu i utwierdzać ją w przekonaniu, że jest w toksycznym związku. Tych samych porad nie umiał jakoś zastosować w swoim związku, w którym czuł się niedoceniony i niekochany. Nie porozmawiał. Nie zaproponował terapii. Nie wystąpił o rozwód. Wolał rozwiązanie z oszukiwaniem żony, zaniedbywaniem jej, odtrącaniem w końcu i oczekiwaniem, że to ona jak zawsze ma wszystko załatwić za niego. Nawet gdy nie wie, że jest jakiś problem, to przecież powinna się domyślić. On nie ma czasu. Jest zajęty pisaniem 60 smsów dziennie do jakiejś mężatki, wysiadywaniem z nią w pracy, po pracy i kombinowaniem jak się tu spotkać.

Czy można powiedzieć, że jestem winna bo byłam głupia i zrobiłam masę błędów? Bo zaczęłam w końcu trochę "mądrzeć" i się bronić? Bo poczuł się wtedy odrzucony i niedoceniany? Nie. Winny zdradzie jest wyłącznie mój mąż. Oboje mieliśmy problemy, które nie były poruszane. Ja nie poruszałam swoich, on swoich. Miało to zły wpływ na nasze małżeństwo, ale to nie ja poszłam szukać uznania w oczach kogoś postronnego. To nie ja go okłamywałam przez dwa lata. Nie zdradziłam, nie zdeptałam poczucia wartości, nie potraktowałam jak szmatę do tego stopnia, że nieświadomie, na jego życzenie, załatwiałam mu wolne w pracy albo brałam dodatkowe nadgodziny, żeby mógł się z tą kobietą spotykać. Nie ja przeniosłam całe swoje zaangażowanie poza związek, zamiast ratować ten. On to zrobił. Świadomie dokonywał wyborów przez bardzo długi czas. To nie był jednorazowy wyskok, zamroczenie czy chwila słabości. To było długofalowe, w pełni kontrolowane skurwysyństwo.

Czy w pewnym sensie jestem współodpowiedzialna? Oczywiście. Poziom spolegliwości, odcięcia od innych i zapatrzenia w męża i jego potrzeby sprawił, że porzuciłam własne. Przywykł, że wszystko co robię to norma i po prostu mu się należy, więc nie ma żadnego powodu by to dostrzegać i doceniać. Ja się sobą zajmuję sama, więc on nic nie musi robić. Dlatego przestał się angażować. Przestał mnie widzieć jako kobietę, o którą trzeba zabiegać i dbać. A ja mu na to pozwoliłam. Zamiast choć trochę wymagać i oczekiwać, jak normalna istota ludzka z potrzebami, rezygnowałam myśląc, że tak będzie lepiej. Zamiast pozwolić sobie na zazdrość i trochę egoizmu, dawałam mu "przestrzeń". Aż w końcu dałam jej za dużo. Wtedy okazanie buntu i oczekiwanie na jakieś działania z jego strony uznał za ostateczny koniec uczucia. I to, najprawdopodobniej, skrzętnie w sobie pielęgnował, żeby nie mieć do siebie za dużych pretensji, że zdradza. Bo skoro nie ma miłości, to nie ma też zdrady, prawda? Przysięgi przysięgami, obietnice obietnicami, ale tego małżeństwa już i tak nie ma, więc rozwód to kwestia czasu.

Chuj z tym, że nie zapytałem żony o zdanie. Po co. Jeszcze by się okazało, że to nieprawda a ja jestem bardzo głupim, egoistycznie patrzącym na świat człowiekiem, który robi potworny błąd krzywdzący bardzo bliską mi osobę, z którą nadal lubię spędzać czas i uprawiać seks.

Nikt nie chce tak o sobie myśleć i ja to rozumiem. Jak już zabrnął w postronną relację, to ani się przyznać, ani to skończyć, nawet jeśli obudziły się jakieś odruchy człowieczeństwa, to gasły szybko, zalane romansowym pierdololo.

I to nie tak, że uważam męża za najgorszego skurwysyna na świecie. Ma sporo zalet. Potrafi być czuły. Potrafi o mnie zadbać i zaopiekować się gdy trzeba. Potrafi posprzątać czy dokonać drobnych napraw. Nie muszę go nękać trzy dni o wyniesienie śmieci. Potrafi też słuchać, nawet jeśli temat go niezbyt interesuje. Jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, użali się nad chorym kotkiem i przygarnie kundla a poszkodowanego nie zostawi bez pomocy. Nie ma nałogów, nie ugania się za spódniczkami, co w kontekście zdrajcy brzmi może dziwnie, ale nie dawał mi nigdy zbyt wielu powodów do zazdrości. W ogóle mam wrażenie, że jeśli tylko chce, to umie więcej niż sam myśli, że będzie umiał. Potrafi z resztą przyswoić czy odnaleźć niezbędne informacje. Oraz, mam wrażenie i oby było słuszne, potrafi wyciągać wnioski z błędów.

A jednak mimo, że minęło pół roku, nie potrafię się pozbyć podejrzeń. Nie potrafię nadal wybaczyć. Ciągle myślę o tym co mi zrobił. Nie mam zaufania i co gorsza zdarza mi się nadal znaleźć dowody na to, że część rzeczy związanych ze zdradą jeszcze jest ukrywana. Ostatnio odkryłam na przykład, że gdy zapewniał mnie, że nigdy nie było takiej opcji, żeby z metresą zamieszkał lub spotykał się w hotelu albo wynajmowali razem mieszkanie - zwyczajnie kłamał. Szukał hoteli i szukał mieszkań na wynajem w wygodnej dla nich obojga okolicy. Dla niego to nie kłamstwo, bo tego nigdy nie zrobił, ale dla mnie... To, że szukał takich możliwości, oznacza, że owszem, była taka opcja i ją rozważał. A więc kłamie, że opcji nie było. A skoro kłamie w tym, to w czym jeszcze? W ilości stosunków (która w mojej opinii jest mocno zaniżona)? W tym, że się z nią nie kontaktuje? W tym, że nie pamięta kiedy się pierwszy raz całowali? W tym, że tak naprawdę nie pociągała go fizycznie i bardziej chodziło mu o rozmowy? W czym jeszcze? W co wierzyć a w co nie wierzyć?

I jak uwierzyć w ogóle w cokolwiek.



Komentarze
Strona 1 z 3 1 2 3 >
aster dnia czerwca 05 2022 10:08:50
Kania
znalazłaś się w miejscu prawdy... a boli tak dlatego bo zostałaś oszukana już jako dziecko
Ojciec - funkcjonalny alkoholik ze skłonnością do przemocy, matka z problemami emocjonalnymi i hazardzistka. Oboje trochę toksyczni, lubiący budzić u swoich "ofiar" poczucie wdzięczności za rzeczy, które były ich zakichanym rodzicielskim obowiązkiem

a później Ty sama przez wiele lat, przez całe wasze małżeństwo oszukiwałaś samą siebie, bo takie nabyłaś wzorce. Skąd mogłaś wiedzieć, że źle robisz... dla siebie źle? Robiłaś wszystko, żeby uszczęśliwić wszystkich wokół; najpierw rodziców, żeby byli zadowoleni a w małżeństwie męża
Mąż nie chciał dzieci, więc przystałam

Mąż nie lubił towarzystwa, więc "w gości" nie chadzaliśmy,

Chciał żebym poszła do pracy, która mnie nie interesowała? Poszłam
itp. etc.
Ciebie nie było w tym związku był tylko on ale to już wiesz...
Te ustępstwa w stosunku do męża a później skutek ich stosowania, czyli zdrada nie jest Twoją winą. TO BYŁA JEGO DOBROWOLNA DECYZJA. Rozgranicz to.
Problem Twój, wynikający z dzieciństwa, jest złożony i bardzo zakorzeniony, warto byłoby z psychologiem popracować nad tym.
On zrzucił balast, można powiedzieć, zawalił swój sufit na moją głowę.

nie wchodź w to; proponuję Ci zastosować się do 34 kroków (masz po prawej), nie zajmuj się ratowaniem małżeństwa on niech to na klatę weźmie, zajmij się sobą w każdym aspekcie Twojego życia i bądź konsekwentna, odszukaj prawdziwą siebie.

Kania dnia czerwca 12 2022 14:14:04
Cześć. Dziękuję za odpowiedź. 34 kroki to jednak metoda ponad moje siły i możliwości, bo taki poziom zakłamania jest dla mnie raczej nieosiągalny. Potrafię udawać w pewnym, koniecznym zakresie, ale nie aż takim i nie jednocześnie w domu i w pracy. Trochę za dużo, trochę za trudne. Oszukiwałam się przez tyle lat i teraz proponujesz mi, bym się oszukiwała tylko w inny sposób a ja mam dziwne poczucie, że może trzeba przestać się w ogóle oszukiwać i dowiedzieć w końcu co ja tak właściwie czuję i czego ja tak właściwie chcę. Tylko na razie nie jestem w stanie tego rozgryźć.

To co piszesz jest tak poza tym dość trafne i może dlatego takie przykre. Tak, czuję się przez to jakoś odpowiedzialna za fiasko tego związku. Moje nieprzepracowane wzorce plus jego nieprzepracowane wzorce (u niego w domu było oprócz alkoholu dodatkowo dużo bardziej ubogo i przemocowo) dały taki paskudny efekt. To nie tak, że ja zdejmuję winę z męża. Uważam, że to była wyłącznie jego wina, bo wszystko dałoby się rozwiązać inaczej. Gorzej nawet. Wiem, że on romans zaczął od pogaduszek i udzielania porad małżeńskich tej kobiecie bo żaliła się na swojego męża. Ja tego nigdy nie zrozumiem, jak można się mądrować do kogoś na tematy, o których się nie ma najwidoczniej pojęcia, bo nie robi się nic ze swoim własnym związkiem. W jego odczuciu (na tamten czas) był to związek, w którym "już nic nie ma" i się "wypaliło". Nie widział w ogóle ile czasu spędzamy razem, ile mamy wspólnych zainteresowań. U mnie nic się nie wypaliło. Mam wrażenie, że zostałam kompletnie olana na rzecz jakiejś purchawy, której jedyną zaletą było to, że słuchała go jak świnia grzmotu i utwierdzała w poczuciu, że jest zbyt cudowny a ja go nie dość doceniam. Mąż ciągle mi powtarza, że to wszystko jego wina, ale głównym powodem było to, że jak mi coś mówił, to mu odpowiadałam, że ciągle narzeka. Tyle, że ja faktycznie tak stwierdziłam kilka razy, ale dopiero kiedy naprawdę ciągle narzekał. Od czternastu lat te same teksty mogą przecież zacząć męczyć. A to praca do dupy, a to ludzie na drogach do dupy, a to teściowie do dupy. I tak w kółko i kółko i kółko. Próbowałam pocieszać, próbowałam tłumaczyć, że z kierowcami nic nie zrobi, że teściowie to się raczej już nie zmienią itd, ale nic to nie dawało. Jak zaczęłam stawiać granice (zmień pracę, jeździj rowerem, pogadaj sam z teściami) to się okazało, że " on do mnie nie mógł nic powiedzieć". Nie mogę pojąć skąd on wziął takie wnioski i dlaczego wykiełkowały z nich takie pomysły, że tamta, to jest wspaniała kobieta, sympatyczna i cudowanie się z nią rozmawia a mu tylko o to chodziło, tylko jakoś się wymknęło spod kontroli. Bo jej mógł tak smędzić i ona mu przytakiwała. Ciekawe, czy by wytrzymała 14 lat z takim samym uśmiechem na twarzy albo choć taką cierpliwością, jaką miałam ja. Podejrzewam, że nie połączył kropek, że ona właśnie na męża narzeka. Do postronnego kolesia. I się do tego postronnego kolesia mizdrzy, ale jak wraca mąż zza granicy, to jeżdżą razem z mężem na wakacje i już jakoś nie jest taki zły. Czemu ten mój idiota tego nie widział? Czemu nic nie widział w ogóle? Czemu zapomniał, że ja jestem na wyciągnięcie ręki i wystarczy porozmawiać (tak jak jej doradzał) albo iść na terapię małżeńską (tak jaj jej doradzał). Czemu w ogóle nie zajął się swoim małżeństwem, tylko wpieprzał się w czyjeś? Czemu tak mu zaimponowała kobieta, która swojego męża traktowała jak zło konieczne gdy miał u boku kobietę, która swojego męża traktowała jak mężczyznę życia? Złego słowa nie powiedziała do nikogo. Wady uważała za urocze głupoty? Chwaliła po znajomych i rodzinie? Czy to jest naprawdę niezbędne żeby być dla kogoś zimną, egoistyczną suką, jak ta z 34 kroków, żeby ten ktoś umiał w ogóle docenić byle gest sympatii?

Ach, i przepraszam, że tak późno się odzywam, ale miałam trochę gorszy czas i brak mocy na cokolwiek poza pracą i próbami zachowywania się jakoś jednak normalnie. Mam ludzi, którymi zarządzam i nie chcę, żeby moje życiowe problemy wpływały na nich a to jednak momentami potężny wysiłek. Szczególnie jeśli pojawi się temat zdrady czy związków jako takich. Wczoraj na przykład nie wytrzymałam, wdałam się w dyskusję i odruchowo broniłam męża... To się w ogóle da wyleczyć?

aster dnia czerwca 13 2022 08:30:39
34 kroki to jednak metoda ponad moje siły i możliwości, bo taki poziom zakłamania jest dla mnie raczej nieosiągalny.

Nikt nie namawia Ciebie do okłamywania, tym bardziej siebie samej, nie po to one mają służyć. Metoda 34 kroków ma nie tylko na celu odzyskanie pewności siebie w oczach partnera lecz zastosowanie jej ma spowodować "stanięcie z boku" wobec całej sytuacji, która Ciebie spotkała. Nie chodzi o to, żebyś ciurkiem odfajkowywała wszystkie punkty ale wybrała te, które mogą okazać się dla Ciebie pomocne.
Ugrzęzłaś działając tym samym schematem i nie potrafisz znaleźć dla siebie dobrego rozwiązania bo nie widzisz pewnych rzeczy , chociażby:
Mąż ciągle mi powtarza, że to wszystko jego wina, ale głównym powodem było to, że jak mi coś mówił, to mu odpowiadałam, że ciągle narzeka

jak myślisz kogo on tu okłamuje? Bo nie siebie. Jego jedynym zmartwieniem teraz jest to, że się wydało i próbuje ratować nie was ale siebie, chce wyjść z twarzą. Na Twoje barki próbuje zrzucić ratowanie związku paradoksalnie wprowadzając Ciebie w poczucie winy; dlatego napisałam Ci w poprzednim komentarzu, żebyś w to nie wchodziła; dlatego napisałam Ci o 34 krokach, żebyś się mogła emocjonalnie od niego odsunąć, żebyś więcej zobaczyła i nie robiła za niego roboty. Zmień schemat działania bo w tej chwili dajesz sobą manipulować.
ja mam dziwne poczucie, że może trzeba przestać się w ogóle oszukiwać i dowiedzieć w końcu co ja tak właściwie czuję i czego ja tak właściwie chcę

tylko, że Ty nie próbujesz siebie zrozumieć ale jego
W jego odczuciu (na tamten czas) był to związek, w którym "już nic nie ma" i się "wypaliło"

Nie mogę pojąć skąd on wziął takie wnioski i dlaczego wykiełkowały z nich takie pomysły,

Czemu ten mój idiota tego nie widział?
etc.
żeby wiedzieć czego Ty chcesz musisz stanąć w prawdzie sama ze sobą, nie z nim...on Ciebie będzie wciąż okłamywał i manipulował Tobą jak robił do tej pory, nauczyłaś go tego swoją ustępliwością i tłumaczeniem go przed samą sobą...
On on on... a Ty gdzie w tym w tym wszystkim jesteś? Uzależniłaś się od męża. Pozwól i jemu zobaczyć siebie samego.

Kania dnia czerwca 13 2022 12:19:25
Większość tych punktów dla mnie wygląda po prostu jak inna forma wmawiania sobie czegoś, tyle że tym razem udaję, że jestem "ponad to". A nie jestem. Nie jestem nawet obok tego, tylko w samym środku. Chciałabym się tak oddzielić. To by była taka ulga. Są jednak punkty, które zastosowałam bezwiednie.

1. Nie prosiłam i nie błagałam. Wręcz przeciwnie. Poinformowałam, że go absolutnie nie zatrzymuję, przestało mi zależeć i jeśli taka jego wola to niech się pakuje i "dowidzenia". W każdej chwili może odejść, jest wolnym człowiekiem, bo małżeństwo już zakończył.
2. Nie prowokuję rozmów o przyszłości, nie robię planów. Wprost powiedziałam, że nie podjęłam żadnej decyzji i nie wiem co zrobię. Możemy póki co spróbować naprawiać, ale nie obiecuję, że będę w stanie mu wybaczyć i z nim zostanę. Po prostu tego nie wiem i taka jest prawda.
3. Nie prosiłam o pomoc członków rodziny. Nikogo nie prosiłam o pomoc. Wiem, że ludzie bardziej niż pomóc chcą pouczestniczyć w "dramie" bo to dla nich super rozrywka, że komuś się źle dzieje. Mogą poczuć się dzięki temu lepiej a mam w nosie poprawianie komuś samopoczucia i zapewnianie rozrywek.
4. Nie prosiłam o wsparcie duchowe. Duchowo jest u mnie bez zmian, to emocje szaleją i dlatego psychoterapia a nie guru dowolnej religii. Nie szukam w niczym ingerencji sił wyższych bo nawet jeśli istnieją, to nie sądzę by je interesowało nasze zaszlachtowane przez zdradę małżeństwo.smiley
5. Nie planuję wspólnych spotkań. On planuje wyjazdy, wycieczki. Ja położyłam przysłowiową "lagę" i odzywam się w tej sprawie tylko jeśli w danym momencie mam na coś akurat ochotę.
6. Wróciłam do biegania. Z początku trochę na siłę, ale zmusiłam się, bo uznałam, że jeśli jestem w stanie zmusić się do biegania to i do innych rzeczy a z czasem zacznie wracać i ochota. Działa to coraz lepiej.
7. Fryzjer, kosmetyczka, trochę zmiana stylu ubierania. Tak jak ja chcę się czuć a nie być "najlepszym kumplem męża" w spodniach moro. Pindruję się pół godziny przed lustrem a jak trzeba to dłużej. Tak długo, aż się czuję wystarczająco ładna dla mnie samej. A nie tak jak wcześniej, szybko szybko bo mąż czeka i żeby nie być jak te "księżniczki" co na nie panowie zawsze narzekają. Niech narzeka. Niech się tylko odezwie to wspólne wyjście zmieni się co najwyżej w wyjście indywidualne.

Z resztą ostatnio wrócił późno z pracy, ja byłam w podłym nastroju a on stwierdził, że nie będzie rozmawiać tylko idziemy spać. Poleżałam aż w końcu stwierdziłam, że do cholery niby czemu? Co mnie obchodzi, że jest zmęczony? Zawsze to on jest "zmęczony" i wszystko musi czekać aż nie będzie. Ja też jestem zmęczona w a takich warunkach i tak nie zasnę. Wstałam i zaczęłam się ubierać, żeby po prostu wyjść. Iść pospacerować albo po prostu przenocować gdzie indziej. Jest gdzie, bez problemu. Nagle się okazało, że nie jest aż tak zmęczony i nagle się okazało, że chce rozmawiać a już na pewno nie chce, żebym wychodziła. Jakoś nie umarł na drugi dzień z niewyspania a ja czułam się jednak lepiej bo chyba pierwszy raz w życiu miałam gdzieś jego "samopoczucie" i "wyspanie".

8. Nie wierzę w nic co usłyszę ani w 80% tego co widzę. To może być chwilowe "staranie" żeby załatwić temat. Może kłamać on. Może kłamać ona. Próbowała się z nim skontaktować mimo tego, że podobno przy zerwaniu poinformował ją, że to koniec, kontaktu sobie nie życzy a ja we wszystko mam wgląd. Mimo to próbowała. Albo jest taka głupia, albo on oszukał mnie co do przebiegu ich rozstania. A jednak... Pogonił ją dość ostro. Zablokował. Mimo to, nie do końca mnie to przekonało czy aby nie zostawił sobie "furtki" wtedy a teraz tylko były tej furtki wyniki. Co za różnica. Przecież mam do czynienia z dwójką kłamców.

9. Dbam o siebie jak umiem od strony fizycznej, ale i psychicznej (na przykład napisałam na to forum). Przynajmniej się staram. Robię to co chcę, albo to, co prowadzi do oczekiwanych przeze mnie wyników. Zajmuję się coraz częściej rzeczami, które są tylko dla zabawy.

10. Nie poddaję się. Jak jest źle to staram się pamiętać o tym, że to wszystko jest przejściowe. Teraz źle, jutro całkiem nienajgorzej itd. Nawet jeśli momentami czuję się jak ofiara przestępstwa, której oprawcy wychodzą z sali sądowej śmiejąc się jej w twarz, to się nie poddaję. Wtedy myślę o zemście.

O to ostatnie chciałam zapytać. Myślenie o zemście. Mam ogromne poczucie niesprawiedliwości. Spotkało mnie coś potwornego i to głownie ja ponoszę tego konsekwencje. Z jednej strony mam głębokie przekonanie, że to moje święte prawo wziąć odwet za mój ból a z drugiej strony nie chcę być "kimś takim". Bezmyślną amebą nie zwracającą uwagi na to, że kogoś postronnego skrzywdzi dla własnej przyjemności. Nie chcę być jak mój mąż. Nie chcę być jak ta żałosna kobieta. A potem myślę, że co mnie to obchodzi jeśli ma mi pomóc? Może jestem dokładnie taka? Mściwa i podła? Może dlatego planowanie odwetu jest takie satysfakcjonujące?

poczciwy dnia czerwca 13 2022 14:28:01
Jedyną konsekwencją zemsty będzie chwilowa poprawa Twojego samopoczucia; z naciskiem na "chwilowa". Skrzywdzisz siebie sama, będziesz się czuć jeszcze gorzej niż teraz; zeszmacona, bez godności; nie rób sobie tego;
Najlepszą zemstą będzie to jak całkowicie uniezależnisz swoje poczucie wartości i samopoczucie od niego; to nie oznacza rozwodu, rozstania czy zakopania go żywcem w ogródku; wręcz przeciwnie; zacznij żyć swoim życiem; niech na to patrzy; niech widzi jak upajasz się swoim szczęściem; niech zda sobie sprawę, że za swoje szczęście jesteś odpowiedzialna tylko Ty sama i o to sama potrafisz zadbać a on może jeśli zechce być jego uzupełnieniem, ale już na pewno nie podstawą;
To o czym napisałem wyżej nie dzieje się nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; wymaga to ogromu pracy; pracy nad sobą, nad własnym wzrostem; rozwojem; pół roku to tak naprawdę niewiele; zwłaszcza jeśli z szafy nadal wypadają nowe, ale tak ciągle samo cuchnące trupy;
Wbrew pozorom ta sytuacja, która Cię/Was spotkała ma ogromny potencjał; to co z nią zrobicie zależy już tylko od Was, ale Ty w żadnym wypadku nie powinnaś się oglądać na niego i za siebie; rób swoje; jeśli on chce stać w miejscu i czynić pozory niech stoi; tylko żeby miał świadomość, że za jakiś czas jak Ty będziesz już w innym miejscu a on nie nadąży to po małżeństwie zostaną tylko wspomnienia i na ratowanie czegokolwiek będzie za późno; to są konsekwencje chuci; nie rób już nic dla niego i pod niego, tylko i wyłącznie dla siebie; obrałaś dobry kierunek tylko pamiętaj, mimo upadków trzeba być konsekwentnym i się nie poddawać;

aster dnia czerwca 13 2022 14:39:39
Albo nie doczytałam albo nie napisałaś, jaki dawno temu dowiedziałaś się o zdradzie?
Wydaje mi się, że stało się to stosunkowo niedawno.
Każdy potrzebuje czasu na odzyskanie sił psychicznych po takim ciosie; każdego czas jest jednak inny...jeden szybko się pozbiera, drugi wolniej...
Jak wynika z Twojego ostatniego komentarza radzisz sobie nieźle, czyli idziesz w dobrym kierunku; tylko musisz dać sobie właśnie ten czas na wyleczenie. Nie wiesz jeszcze jakie podejmiesz decyzje i kroki w przyszłości co do waszego małżeństwa, na to też daj sobie czas. Teraz to nie jest ten moment.
O to ostatnie chciałam zapytać. Myślenie o zemście

to naturalne, że pojawia się u Ciebie chęć zemsty, bo kierują Tobą emocje; ulegniesz im? Na jak długo Ci to wystarczy, żeby poczuć się lepiej i czy w ogóle poczujesz się lepiej? A może trzeba skupić się na sobie, potraktować to zdarzenie jako trampolinę do lepszej ja, do lepszego życia; tamto przecież zostało skasowane, nie ma już do czego wracać. Lepiej na tym się skupić pomimo, że to jest długoterminowe zadanie. Z dnia na dzień będzie tylko lepiej, tylko tak jak wcześniej napisałam daj sobie czas, ile tylko potrzebujesz. Nie spiesz się.

Kania dnia czerwca 13 2022 16:13:55
Poczciwy, tak, czytałam to już nie raz. Bardzo wiele jest sensownych uzasadnień dlaczego nie warto się angażować w zemstę. Problem z nimi jest taki, że sens ulatnia się wraz z zakończeniem czytania. Pewnie to wynika z tego co napisała aster, emocje są silniejsze niż rozum. Na szczęście zatrzymuję się na planach bo samo snucie projektów jak zdemolować wszechświat jest wystarczające. Mam trochę obaw po prostu, że w którymś momencie trafi się jakaś "okazja" i puszczą mi nerwy albo hamulce. Albo oba naraz.

Postaram się unikać robienia rzeczy "dla niego" i "pod niego", choć trudno nad tym zapanować po tylu latach przyzwyczajeń. Zabrzmi to może głupio, ale nie wiem co mam robić w zwykłej codzienności. W tej podstawowej prozie życia. Nie wiem na przykład, czy powinnam mu robić kanapki do pracy, czy robić tylko wtedy jeśli mam na to ochotę a może to, że mam ochotę je zrobić to już objaw przyzwyczajenia? Głowa mi kiedyś wybuchnie od zastanawiania się co ja właściwie mogę a czego nie mogę i kiedy robię źle a kiedy tak, jak należy? Przecież nie będę o każdą pierdołę pytać na forum więc jaki obrać ogólny kierunek w tym "robieniu dla siebie"?

Albo nie doczytałam albo nie napisałaś, jaki dawno temu dowiedziałaś się o zdradzie?


To niecałe pół roku, ale mam wrażenie, że ledwie przed chwilą. Staram się nie dawać, ale czasem są gorsze dni. Dziś na przykład odkryłam, że ona nadal do niego smaruje wiadomości mimo, że ją zablokował. Wie, że mam wgląd w ten mail i sama zasugerowała, że pewnie jest na "podsłuchu" a jego decyzje nie są jego. Stwierdziła, że jego odpowiedzi to kłamstwa a on jest tchórzem. I wiecie co? W jakiś sposób zgodziłam się z nią co do meritum. To kłamca i tchórz. Można się oduczyć bycia kłamcą i tchórzem, można się zmienić, czy mam sobie dać z nim spokój? Wiem, że on chce i się stara, ale czy mam prawo oczekiwać, że pójdzie na terapię indywidualną i zajmie się sam swoimi problemami? Czy mam prawo mu powiedzieć, że tego oczekuję? A co jeśli pójdzie, nic z tego nie wyjdzie tak czy siak i będzie miał potem do mnie pretensje?

To jest tragedia ile ja mam pytań i jak bardzo jestem pogubiona. Aż mi po prostu głupio.

aster dnia czerwca 13 2022 16:51:53
Ciężko jest wyjść ze strefy komfortu, nawet pomimo takich zdarzeń. Nie znamy jutra, mamy obawy, lęki. W starym życiu było do doopy... ale było bezpiecznie.
Czeka Ciebie mozolna praca, żeby wyprostować swoje życie.
czy mam prawo oczekiwać, że pójdzie na terapię indywidualną i zajmie się sam swoimi problemami?

Masz wpływ tylko na swoje życie i tylko od siebie możesz oczekiwać i wymagać, on ma swoje do przerobienia nie prowadż go za rączkę, daj mu dorosnąć.
Może od tych kanapek zacznijcie, niech sobiesam robi, Ty swoje kanapki rób...

Tomek040184 dnia czerwca 13 2022 17:18:45
Miła pani tu zgodzę się z przedmówcami o strefie komfortu i obawie co dalej po odejściu. Sam to przerobiłem 20 kwietnia, gdyż wyprowadziłem się. Na początku koszmary nawet po jednym piwku więc alko odpadał chociaż, dużo nie pije.
Moja historia bardzo podobna do twojej. Też dałem sobie na głowę wejść. Totalnie ograniczony życiowo. Zero życia, wypadów, nawet raz na rok z bratem na piwo jak poszedłem to kłótnia była chociaż wszyscy gadali mojej że nigdy nie zdradzę.
Obecnie dzieciaki w czasie wolnym u mnie siedzą bo blisko mieszkam. W końcu skupiłem się na sobie i robię to co lubię częściowo podobnie jak w związku gdyż rodzinny jestem, z tym wyjątkiem że z dziećmi ale bez żony.
Tobie również życzę przeskoczenie etapu żałoby i skupić się na sobie musisz żeby twój kombinator nie był pępkiem świata.
U mnie jeszcze rozwód przed ale dam radę bo cel uświęca środki i teraz na spokojnie do tematu podejdę. Na szczęście stany lękowe i nerwica już za mną.

Kania dnia czerwca 15 2022 08:37:33
aster ja nie do końca mam jakąś strefę komfortu w obecnej sytuacji smiley . Zostałam z niej wypchnięta i nie odczuwam żadnego od dnia 0. Ale masz rację, niektóre rzeczy mam tak zakodowane, że w jakiś sposób mnie stabilizują "na chwilę" i sprawiają, że nie czuję się "złą żoną", która "pewnie na to zapracowała" bo "nawet mu nie robiła kanapeczek". Moim istotnym zadaniem w poprzednim życiu było przygotowywanie i dbanie o pożywienie. Mam bardzo mocno zakodowane, że facet musi mieć w domu jedzenie, bo jak nie ma to może się okazać, że zacznie go dokarmiać jakaś cwana gapa i wciskać mu przy tym do głowy, jak to żona o niego nie dba w ogóle. Jako kobiety jesteśmy dla siebie nawzajem czasem wyjątkowymi harpiami bez krztyny empatii, szczególnie jeśli mamy ochotę na zawartość portek, które się zdeklarowały wobec kogoś innego. Niestety takim myśleniem same robimy z mężczyzn bezmyślne golemy, które nie podejmują świadomych decyzji i zdejmujemy z nich tym samym odpowiedzialność za zło, które nam wyrządzają.

Zdradził, bo mu nie gotowała. Zdradził, bo go nie chwaliła. Zdradził, bo nie chciała trójkąta. Zdradził, bo "wstaw dowolne". Powodów może być setka a może być jeden, ale mam wrażenie, że za każdym razem polega na tym samym - bo ONA czegoś nie robiła tak, jak ON chciał. Sama myślałam, że czegoś nie robiłam jak należy, bo tak mi podpowiadają emocje. Na szczęście coraz częściej odzywa się mój rozum, który mi przedstawia zupełnie inny obraz sytuacji i mówi to, co wy mi tu mówicie - że się dałam wciągnąć w niezdrowy dla mnie układ sił, w którym myślałam, że robię wszystko żeby męża uszczęśliwić a tak naprawdę unieszczęśliwiałam siebie pod każdym innym kątem niż bycie idealną partnerką, kumpelą, opiekunką i diabli wiedzą kim jeszcze. Jak na to patrzę w chwilach chłodnego rozważania, to jestem na siebie wściekła, bo całe moje poświęcenie okazało się daremne tylko dlatego, że osobiście przyzwyczaiłam męża, że to ja pracuję nad relacją. Dlatego jak się zmęczyłam trochę, to natychmiast uznał, że go już nie kocham i może robić co mu się żywnie podoba. Bo on przecież za nic odpowiedzialności nie ponosił w tej relacji. I to jest moja jedyna cegiełka w tym nieszczęściu, więc jeśli tego nie zmienię, nie zmienię podejścia i patrzenia na relację, to cykl się powtórzy.

Dlatego nie zrobiłam wczoraj kanapeczek. I powiedziałam mu wieczorem, że zamykam pewien rozdział, który określiłam roboczo jako Rozdział Poszukiwawczy. Szukałam intensywnie dwóch rzeczy. Prawdy na temat tego, jaka była dokładnie jego relacja z tą nieszczęśnicą oraz powodu, dla którego w coś takiego się wdał. Próbowałam zbierać fakty i informacje, żeby dostrzec sens i rozmiar problemu a przy tym zrozumieć jego sposób myślenia. Te "trupy" wypadające z szafy, jak je sympatycznie określił poczciwy były dla mnie za każdym razem dodatkowym impulsem, żeby w temat zajrzeć głębiej i wydobyć z męża wszystko co się da. Przedwczoraj i wczoraj wałkowałam znowu temat i dotarła do mnie jedna rzecz. Że jestem potwornie wprost zmęczona. Tak bardzo, że nie mogę oddychać. Co gorsza wszystko w środku mnie już boli i każde podejrzenie, każdy skrawek informacji albo choć kłamstwo tego jego koczkodana wywołuje lawinę niepewności, podejrzliwości i poczucia, że jestem nadal okłamywana. Morduję się i cierpię, ale na dobrą sprawę czy to coś zmienia? Nic.

Że doszło do zdrady przecież wiem. Mąż się przyznał i to w trzy zaledwie doby od dnia 0, co sugeruje, że raczej szybko do niego dotarło co zrobił. Od tamtego czasu wielokrotnie przerobiliśmy temat, doszły nowe niuanse, ale co do meritum - nic się nie zmieniło.

Że mąż bardzo chce wszystko naprawić i odpokutować przecież wiem. Już zanim się przyznał do całości swoich wyczynów zaproponował terapię, znalazł numer, umówił, zdecydował o zmianie miejsca pracy i generalnie, nie licząc oczywistych potknięć i błędów wynikających z tego, że nie ma doświadczenia w takich sytuacjach, robi wszystko co tylko się da, żeby poprawić mi samopoczucie.

Co zatem mi daje drążenie tematu i po co to robię? A diabli wiedzą. Może próbuję odzyskać kontrolę, może faktycznie rozwiązywanie problemów to moja strefa komfortu. Jednak nawet jeśli udaje mi się coś wydłubać to tylko i wyłącznie mnie dobija. Wiem, że to wynik utraty zaufania. Wiem, że to wynik mojego sposobu myślenia. Tylko dotarło do mnie, że zaufania tak nie odzyskam a sposób myślenia robi mi tylko krzywdę więc trzeba dokonać zmiany. Teraz.

Dlatego powiedziałam mu, że nie mogę się już zajmować jego problemami, próbować ich zrozumieć i znaleźć rozwiązania co robić, by się sytuacja nie powtórzyła. Obecnie mam swoje i nie uciągnę znowu dwóch osób na barkach, choć odruchowo próbuję to robić. Na szczęście na forum mądrze mi doradzono, żebym dała sobie spokój i zajęła się sobą. Dlatego on musi do źródła swoich problemów dojść sam a ja kończę ten etap. I wiecie co? Zero problemu z jego strony, aż byłam zdziwiona, idzie na terapię. Dla mnie? Ulga, że nie muszę się tym już zajmować.

Powiedziałam też, że uznaję jego "wersję" za prawdę i przestaję szukać innej, takiej, która w moim odczuciu jest bardziej realna. To pożera mnóstwo mojej energii i trawi mnie od środka, ale samo udowodnienie jemu i sobie, że było jednak trochę więcej tych "numerków" i trochę więcej jej poświęcił i naobiecywał nadal niczego nie zmieni tylko jeszcze bardziej mnie dobije. Bo udowodnię mu kłamstwo a już przecież ustaliliśmy, że jest kłamcą, oszustem oraz egoistą. Że mnie nie kochał wcale przez te dwa lata, bo ludziom, których się kocha, takich rzeczy się nie robi. Nie wiadomo nawet czy on ma w ogóle jakieś pojęcie co to jest miłość. Ma to sobie sam ustalić i sam nad tym popracować. Mi dojście do jakichkolwiek dodatkowych konkluzji w tym temacie w niczym nie pomoże, więc temat zamykam i uznaję tą wersję za ostateczną. Jeśli ktoś będzie chciał podważyć moją decyzję to musi przyjść z naprawdę mocnymi dowodami, a nie tylko pisać "zdupymaile". A i wtedy rozważę czy to cokolwiek zmienia, czy mi się zwyczajnie nie chce w temacie babrać. Zabrał mi tyle swojej energii i oddał komuś, nie pozwolę, żeby ten ktoś wysysał teraz moją. Niech zdychają z głodu oboje aż się nauczą jeść warzywka, których sobie sami "nawarzyli". O.

Wiadomo. Jeszcze płaczę pisząc o tym, ale to już chyba tylko ten "gwizdek emocjonalny", przez który wychodzą ze mnie różne stany. Płaczę, bo to wszystko trzeba przepłakać i to wcale nie znaczy, że jestem słaba albo sobie nie poradziłam. Jest takie powiedzonko, że ludzie płaczą nie dlatego, że są słabi, tylko dlatego, że zbyt długo byli silni. Ja sobie ukułam własne.

Emocje to mięśnie psychiki a łzy to jej zakwasy.

Tak trochę od innej strony. Wiadomo, że bez zakwasów nie da się za bardzo rozbudować mięśni i to, że coś boli po treningu jest oznaką, że organizm tam właśnie pracuje nad dołożeniem włókien. Zatem obciążenie prowadzi do rozwoju, a rozwój łączy się z dolegliwościami. I tak samo jest z psychiką. Jeśli jest obciążana to się rozwija i boli a ten ból manifestuje się łzami. Wiem, że brzmi głupio, ale dla mnie ma 200% sensu smiley Jako kobiety bardziej polegamy na tych "emocjonalnych mięśniach" i silniej je rozbudowujemy, więc częściej płaczemy. Tadam! Zakwasy w oczach, które czynią nas silniejszymi emocjonalnie smiley

Tomek040184 dzięki za życzenia. To naprawdę miłe. Twój opis sytuacji wygląda jednak dość skąpo, bo zakaz wychodzenia na "piwko" chyba nie jest przyczyną rozwodu?

Strona 1 z 3 1 2 3 >
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Podobne zdrady
Reklama Feralne urodziny
...rozwiązanie nie jest takie trudne...
nie wiedziałam ,że to aż takie trudne
to nie takie proste
takie smutne to życie
Logowanie
Login lub e-mail

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Aktywne tematy !!!
Feralne urodziny
Ciężki temat
Po latach... refleksja
Zdradzony przez zone
Czy mnie zdradza? Ja...
Takie tam, w urodziny.
Nie wiem co dalej
Ta druga - nieświado...
Zdradzona w ciąży i ...
.. witam w gronie:)
Masaż ciała
Po co mnie sprawdził...
historia bez happy endu
Boże dopomóż
31 lat razem
Zdrada
Zdrada
Zdrada po 7 latach z...
Miłość przezwycięży ...
Jak przestać myśleć ...
Zdradzony przez dzie...
Zdrada
Jak odnaleźć sens ży...
Zdradzilam
Powtórka
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Beer900
10/08 23:33
Witam, 6 miesięcy temu znalazłem że żona pisze z kimś na snapczacie no i oczywiście dzwoni on do niej. Nic konkretnego tam nie znalazłem bo snapy się usuwają. Oprócz miłej pracy skarbie. Zapytałem ja

Archiwum
Reklamy
Masaż Kęty
Copyright © 2007-2021 www.zdradzeni.info