Anetastp | 00:32:50 |
heniek | 03:02:04 |
Julianaempat... | 05:01:50 |
soighlah | 06:37:31 |
Edek_2 | 07:06:55 |

Mija rok. Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Rok temu dowiedziałam się, po wejściu na FB, że mąż wysyła 2 koleżankom sms-y, które są daleko wykraczające poza przyjaźń. Z jedną od 9 lat - próbuje ją zaprosić kilka razy w roku na wyjazdy służbowe. Nie udaje im się - ona pomija te jego zaproszenia i utrzymuje znajomość na koleżeńskiej stopie, on chce więcej. Poznali się na wyjeździe służbowym. Ona mieszka w innym raju, była kolacja i pocałunki. Uciekła mu jak kopciuszek i do niczego nie doszło. On nie skonsumował, ale zapomnieć nie chciał. Z drugą sms-uje czasem w nocy, czasem obiecuje, że spotka się na kolacji i dojedzie do niej nawet 700 km. Co do Pani nr 1 to przyznał się, że chodziło mu o coś więcej - chciał mieć dupę na boku. Co do Pani nr 2 to tylko głupie sms-y - nic od niej nie chciał - ot koleżanka.
Rok zajęło mi tłumaczenie jak mnie to zabolało, jak w mojej głowie przekreśliło te 10 lat małżeństwa. Terapia i nie mam wrażenia, że jest jakoś inaczej. On sam zrezygnował ze znajomości z Panią nr 1 (mówiąc dziękuję ze się to wydało, bo mnie to uwolniło od tej obsesji. wiem ze jesteś najważniejsza). Z panią nr 2 odnowił znajomość, na stopie biznesowej - przekazał jej namiary na kogoś z pracy o co prosiła - mimo, że obiecał zero kontaktu. Twierdzi, że jest dorosły i wie gdzie leży granica. To, że obiecał mi wcześniej zero kontaktu, to było pod moją presją, bo go ZMUSIŁAM.
Ja ostatnie 3 lata byłam z nim za granicą, zrezygnowałam z pracy, bo on dostał kontrakt którego się nie odrzuca. Obudziałam się z ręką w nocniku - jako 43 latka bezrobotna wspierająca męża. Po 8 m-c od dowiedzenia się o drugim życiu wróciłam do Polski do pracy. Dziecko 15 lat zostało z nim bo jeszcze przez rok bedzie tam chodzic do szkoły. Teraz, po ciężkim roku doznałam olśnienia - przestałam płakać i bać się rozwodu. I tak żyję tak jakbym była po rozwodzie. Niby on deklaruje chęć zmiany, ale co 3 m-ce łapię go na mniejszych lub większych kłamstwach albo niedotrzymywaniu obietnic (kontakt z Panią nr 2). Na moje wytykanie tych rzeczy ZAWSZE jest moja wina... Mam tego dosyć nie chcę czuć się winna za jego czyny. Jestem coraz bardziej obojętna, już nie płaczę, nie krzyczę... Jest mi i tak bardzo ciężko, z dala od dziecka, któremu z powodu naszych problemów nie chce zmieniać szkoły. Mam wrażenie że piję piwo którego nie naważyłam. Ja daję szansę, ale zmiany nie widzę w zasadniczych kwestiach bycia szczerym i prawdomównym. On mówi przecież się staram - spójrz na całokształt, a nie na te drobne potknięcia. A ja za każdym kłamstwem mam wrażenie że staję się coraz bardziej obojętna. On mówi nie stosuj wykładni rozszerzającej - to że tu nie postąpiłem właściwie (wypierał się korespondencji z Panią nr 2 niewiedząc że jest dawno zgrana u mnie na komputerze), to nie znaczy że jestem łajdakiem, po prostu mam dość awantur i nie chcę kolejnych afer. Tak jest mu łatwiej - okłamać za plecami, a nuż się nie wyda.
Cytat
Mam wrażenie że piję piwo którego nie naważyłam. Ja daję szansę, ale zmiany nie widzę w zasadniczych kwestiach bycia szczerym i prawdomównym.
A może to tylko wrażenie? Dałaś mu szansę, określiłaś zasady gry i co dalej? Po faulu jest żółta kartka, czasem czerwona i wypad z boiska. Ile Ty się tych fauli nagwizdałaś? Nie wywaliłaś go boiska, więc kto teraz nawarzył sobie piwa?
Skupiasz się cały czas na jednym celu- mąż ma paść na kolana i stać się Twoim wymarzonym ideałem. Po dość długiej terapii nadal nie tknęłaś przyczyn zdrady, nie określiłaś czy te wspólne lata razem i facet, którego sobie wybrałaś nie były zaledwie Twoim wyobrażeniem.
Co rozumiesz przez wywalenie z boiska? I tak nie mieszkamy razem. Ja w Polsce on zagranicą. Pozew o rozwód?
Komentarz doklejony:
On był moim ideałem, robiłam wszystko z myślą o tym, żeby mu ułatwić karierę. Postawiłam go na cokole i odkurzałam regularnie. Teraz pomnik okazał się z brązu a nie złota - ale deklaruje chęć poprawy związku, chodzi na własną terapię. Moje pytanie brzmi ile mam czekać, i co jak nic sie nie zmieni - chociaż to raczej jest jasne. Nie chcę podejmowac teraz decyzji. Nie odbudowałam jeszcze swojego świata.
Komentarz doklejony:
Nie chcę męża idealnego - ale niech odpowiada za swoje czyny i mnie nie okłamuje. Tak trudno zrozumieć. A nawet nierozumiejąc trudno zrobić? Mam wrażenie że teraz jest czerwona kartka - i tak na niego spadł teraz cały obowiązek ogarnięcia domu, szkoły i dziecka. Jak mam bardziej dać do zrozumienia, że to na serio. Gubię się. Łatwo powiedzieć rozwód. I co? Tak przekreślić związek wieloletni? miotam się od "przecież nie skonsumował" do "i co z tego?". On twierdzi, że jeżeli naprawdę chciałby zdradzić to by to zrobił. Dla niego było to atrakcyjne takie gdybanie "co by było" a wiedział ze i tak nic z tego nie bedzie wiec nie zagrażało to związkowi. Na moje pytanie a gdyby się zgodziła - wtedy odpowiedział, że mogłoby być różnie. Dla mnie to taki sygnał "jesteś niewystarczająca" i to boli....
Trochę, nawet więcej niż trochę, zajmujesz się kontrolą. Co Ci ta kontrola daje? Realną władzę nad nim? Zawsze tak go pilnowałaś? Może facet spełnia całe życie Twoje oczekiwania i szukając zainteresowania kobiet zwyczajnie ucieka przed Tobą? Kontrola tylko zaogni problem. Kontrola świadczy też o braku własnego życia. Żyjesz jego życiem.
Komentarz doklejony:
PS.
Nie wyobrażam sobie aby bliska mi osoba ograniczała mnie kontrolą. Po swojej lekcji po zdradzie kończę związek przy jakimkolwiek naginaniu do życia pod kontrolą. Twój mąż nie potrafi ani postawić Ci się ani odejść. Podpadł raz i przepadł w Twoich oczach. Tak już jest, że kobiety szanują silnych facetów. Teraz będzie Ci ciężko w tym słabeuszu dojrzeć faceta. Każdy jego krok będzie jak policzek.
Poświęciłaś znaczną część życia dziecku i mężowi. Teraz trzymasz się uporczywie decyzji męża i sprawdzaniu jego kroków. Z jakiego jesteś domu? Jacy byli rodzice?
Komentarz doklejony:
P.S. Rzeczywiście decyzje uzależniam od tego czy on się zmieni. Zakładam, że ja też mam pracę do wykonania. Powiedziałam sobie że albo ten związek będzie lepszy, albo nie będzie go wcale. Na razie mam wrażenie, że oboje okupujemy swoje pozycje i żadne z nas nie potrafi pokazać "miękkiego brzucha". Dlatego kręcimy się w tym samym miejscu. Ja czuję się zraniona, on czuje się nikim w moich oczach i tak ten taniec trwa
Kierujesz się też idealizacją. Ludzie nie postępują tak jakbyśmy sobie życzyli. W sposób w jaki wierzymy, że jest dobry, uniwersalny. Wtedy albo akceptujemy daną sytuację i idziemy swoją drogą albo na siłę zmieniamy świat. Nie dasz rady zmienić męża, jego mentalności. Możesz mu tylko stworzyć warunki do wyboru, ale nie uciekniesz przed własną decyzją. Ty oceniasz jego zmiany, ty mówisz dość. Twoja czerwona kartka przy staniu w miejscu nadal będzie straszakiem. Do tej pory żyłaś pod męża, on nie ma powodu sądzić, że mu odejdziesz. Każdy Twój kontakt, nawet kłótnie to sygnał, że Ci zależy, że się wahasz, że jesteś do niego uwiązana do niego. Po co on ma się zmieniać, skoro się poddasz jego woli? Tak on myśli i tak widzi Twoje szarpanie. Może dobrze widzi? Bierzesz pod uwagę życie bez niego lub nawet nowy związek?
Komentarz doklejony:
P.S, Moja terapeutka podsumowała mnie po ostatniej wizycie, że jestem w procesie wychodzenia. Widocznie u mnie to proces, który będzie trwał dopóki nie dojrzeję do ostatecznej decyzji. Kto wie co się stanie w momencie, w którym ja się odseparuję, będę niezależna i przestanę kłócić się. To da ogromną "przestrzeń" do zmiany albo do zagospodarowania.
Spójrz na jakie poświęcenia się decydujesz. U męża "propozycja, której się nie odrzuca" . Co z Twoim poczuciem bezpieczeństwa, grupą znajomych, rodziną, miejscem z którym byłaś związana? To nie były sprawy ważne dla Ciebie? Dziś chcesz dać nauczkę mężowi i jesteś daleko od dziecka. Nie tęsknisz? Zadziałałaś widocznie na zewnątrz. Gdybyś potrafiła załatwić problem na poziomie emocji, mogłabyś mieszkać z dzieckiem nawet sto metrów od męża, postawić mu nieprzekraczalne granice i po wyznaczonym przez siebie czasie albo odejść przy braku poprawy albo budować razem. Bez potrzeby sprawdzania co robi, bez potrzeby martwienia się o pustkę. On zrobi swoje. Znajdzie pustkę nawet gdybyś była tuż za nim. Na to nie masz tak realnego wpływu. Przecież przy zdrowych relacjach między wami nie szukał by innej baby nawet tysiące kilometrów od Ciebie i przez lata rozłąki. To jego wybór co zrobi. Nie wpadaj w poczucie winy, tam gdzie tej winy nie ma.
Komentarz doklejony:
Mill
Cytat
Przyjrzyj się temu. Tak zawsze było i jest. On chce by było bez konsekwencji, bez zmian. Pisałaś, że chcesz by było lepiej, piszesz, że jest jak zawsze. Zatem facet zdolny do zmian? I co z tym Ty zrobisz. To piwo, którego nie chcesz wypić. Kwestia spojrzenia na problem. Niesprawiedliwe? Nie musi być sprawiedliwe, uczy jaki jest świat i ludzie, nie zawsze idealny i nie zawsze czeka się z nastawionym drugim policzkiem.
Komentarz doklejony:
Sugerujesz odejście i może do tego dojdzie. Teraz nie jestem gotowa i nasza terapia wciąż trwa. On wie, że kończy mi się cierpliwość, a pozew nie będzie ostatecznym straszakiem, ale konsekwencją tego kryzysu jeżeli nie zmienimy naszych relacji. Po co mam się spieszyć. Nauczyłam się, aby nie fundować sobie jazd emocjonalnych zbyt dużych. Niech jedne emocje wybrzmią, to dopiero będzie czas na podjęcie kolejnych. Pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł i nie ma to związku z wahaniem się, ale z daniem sobie czasu na poukładanie swojego świata.
Cytat
1. czynów,
2. myśli i intelektu,
3. emocji i psychiki,
4. i ducha.
Wszystkie te ozdobniki, wymyślne sposoby co to zrobić, i śmieszne działania leżące w kwestii czynów, nic nie znaczą i są o dupę roztrząś, są jak tysiące przypadkowych elementów rzuconych niedbale i przypadkowo do wora, jak nie ogarniesz wyższych poziomów, w tym najważniejszego-poziomu ducha. Więc oczywistym jest, że musi zacząć od siebie. O tym cały czas mowa.
Może skomplikowane, ale nie da się pozbierać tylko przez wyprowadzkę itp. To zaledwie jeden krok z wielu.
To również wysiłek, jak trasa po górach. Nie przerwiesz byle gdzie, bo będą następstwa. Trzeba przejść trasę bez zbędnych skrótów. Mamy na forum etapy po zdradzie
http://www.zdradzeni.info/forum/viewt...post_10830
Bez wsparcia i zajęcia natrętne myśli dokuczają. Wieczorami nasz czat jest pełny, wejdź pogadać. O problemach albo by się oderwać od myśli.
Sam jako Dda i rozgrywający swoją historie w bardzo podobny sposób dołączam się do Kolegi Apola.
Ty chyba nie chodzi o proste odejdź czy zostań - droga na zrozumienie siebie jest bardzo długa. Pewne rzeczy sam odkryłem u siebie i odkrywam nadal choć od mojej terapii minęło 5 lat.
Idealizacja i oczekiwania ktore kierujemy do innych powoduje ze podejmujemy walkę, która czasem jest przegrana a czasem zabija nasz własne poczucie godności. Jeszcze gorzej gdy sama walka oddala nas od własnego życia - jest forma ucieczki.
Poza tym ja uważam, że mam duże deficyty ale mój mąż jest też na tyle zdeficytowany, że był ze mną przez 20 lat. It takes to to tango - poukładany facet nawet by na mnie nie spojrzał. Jak to określiła moja terapeutka - uzupełniamy się w swoich deficytach. Czy to oznacza, że nie możemy być razem? Chyba nie, a najważniejsze jest że oboje chcemy się zmienić.
Komentarz doklejony:
It takes two to tango