

#
poczciwy | 00:53:28 |
JustinIngep | 01:54:53 |
Roszpunka19 | 04:22:40 |
Crusoe | 06:50:50 |
NieOddycham | 10:49:30 |

Wiem ,że każdy ma prawo popełnić jakiś błąd w życiu,ale to co spotkało mnie niszczy wszystko.Jesteśmy małżeństwem już 8 lat chociaż trudno nazwać związek małżeństwem jeżeli utraciło się całkowicie szacunek i zaufanie do bliskiej osoby.Postaram się być obiektywny i przedstawić sytuację sprawiedliwie ,byście mogli ocenić ją również obiektywnie i ewentualnie doradzić mi co powinienem uczynić w obecnej sytuacji.Pragnę nadmienić,iż zawsze uważałem się za faceta,który potrafi znależc racjonalne wyjście z każdej sytuacji...Dziś jest inaczej,ale sami oceńcie.
Wydarzyło się to już koło 3 lat temu i dalej z tym walcze..sam nie wiem po co.
Mamy dziecko w wieku 8 lat i to jest chyba powód braku mojej konsekwencji,ale do rzeczy.Najgorsze jest to ,że zrobiła to z naszym wspólnym znajomym podobno raz do czego sama mi sie przyznała po miesiacu.Powód nie dawałem jej tego co on-czyli zainteresowania.Postanowiłem wybaczyć dla dobra rodziny lecz koszmary nie ustepują inie pozwala mi ta cała sytuacja żyć a wręcz wykańcza mnie psychicznie powoli.
JakieÅ› porady ?
fenix1 ja czasami jeżeli nie machnę czegoś na sen nie mogę zasnąć a ostatnio i tak po 5 godz pobudka i snucie wokół domu. Chciałbym Tobie doradzić bo uważam że warto dać szanse chociaż dzieciom ale czasami uważam że koszt dania szansy jest ogromny,
Napisz cos wiecej, bo na razie trudno dociec, dlaczego po 3 latach jeszcze Cie to tak meczy. Chyba szybko dałeś odpuszczenie grzechów, tym samym biorąc cały cieżar na siebie. Nie wyrzuciłeś z siebie emocji, nie zrobiłeś jatki, nie sprowadziłeś jej do parteru, tak by potem podać ręke i pomóc się podnieść. Zacisnąłeś zęby i spróbowałeś żyć dalej, ale emocje i niepewność zżerają Cie od środka. Wywal wszystko z siebie, bo taki lakoniczny tekst nie daje żadnego obrazu i mozna tylko strzelać, o co chodzi.
Cytat
Stary nie przerażaj mnie u mnie minął niedawno 1 rok i cóż demony nadal powracają, ...
A u mnie będzie za jakiś czas pięć lat. I tak to wygląda gdy się tego nie przepracuje. Szczególnie jeśli strona zdradzająca oleje temat i zda się na "zbawienną rolę upływu czasu".
Trzy lata, pięć lat... a demony nadal wracają...?
Czy rzeczywiście jedynym rozwiązaniem jest radykalna reakcja, jak w przypadku Lagosa?
Tylko że to wiązać się może z olbrzymim stresem dla dzieci...
Zakładam, że dla nich każde dwa, pięć, czy w najlepszym waypadku jeszcze dziesięć lat stabilnego dzieciństwa z dwojgiem rodziców może mieć kluczowe znaczenie...
Zresztą są tu osoby po ostatecznych rozstaniach i mam niestety wrażenie, że im też kryzysy/wspomnienia wracają...
Suchy64
Jeśli chodzi o "zbawienną rolę upływu czasu", to również od zdradzonych z długim stażem słyszałam, że upływ czasu pomaga...
Może moje 9 miesięcy, to jeszcze za mało...?
A może masz jakieś sugestie dotyczące "przepracowywania"?
W tej chwili przyjęłabym wszystkie z wdzięcznością, bo mi dołek wrócił...
Cytat
Święta prawda !!!
Cytat
Kiedyś jak miałem wykłady z psychologii dowiedziałem się, że umysł człowieka dzieli doznania na dwie główne kategorie. Te miłe i te przykre
Chciałem wcześniej napisać, ale czasem muszę "dojrzeć". Sorry.
Jak już kiedyś w komentach napisałem, w moim życiu były takie trzy ważne osóbki. "A", która "puściła mnie kantem" w dosyć asympatyczny sposób, "B", z którą się rozstaliśmy w sumie przez pomyłkę, ale nigdy nie pomyśleliśmy o sobie nic asympatycznego i "C", moja żona; której się romans przydarzył.
Gdyby dziś ktoś mnie z zaskoczenia poprosił: Podaj jakieś sympatyczne wspomnienia związane z tymi osobami lub inne z przelotnymi sympatiami, to miałbym pewien problem. Tak zastanawiając się nad przeszłością, nie mam problemów przypomnieć sobie spontanicznie miłych chwil z "B", ale z "A" i "C" jest jakiś problem. Jakby jakiś szary całun przykrył ten czas. Z "A" byłem w sumie krótko, takie szczenięce zakochanie, ale intensywnie. Z "C" jesteśmy razem już ponad dwie dekady.
Czyli, przynajmniej w moim przypadku, zaryzykowałbym twierdzenie, że jest mechanizm powodujący powstanie pewnego dystansu do osoby, która pojechała nam po emocjach. Cały ten czas i wszystko, co związane z tą osobą, zostaje jakby zepchnięte, tak jakby się chciało to w ogóle wyprzeć z pamięci.
Tak zastanawiając się nad tym, doszedłem do wniosku, że żyjemy nie tylko z tą drugą osobą, ale, a może nawet przede wszystkim, z naszymi wyobrażeniami o niej. I nagle życie brutalnie rewiduje te wyobrażenia. Rewiduje, a co gorsza, nasza wyobraźnia nagle podsuwa nam nowe, negatywne wyobrażenia, które mogą być równie dalekie od rzeczywistości, jak te, kiedy patrzeliśmy przez "różowe okulary".
Niezależnie od tego pojawia się również pytanie: "kim jest ta osoba, z którą przeżyliśmy tyle lat?". Żyliśmy z jakimś wyobrażeniem, które było dla nas najoczywistszą oczywistością, a tu nagle budzimy się z pustką w umyśle i stwierdzamy, że o tej osobie w gruncie rzeczy nic nie wiemy.
Piszesz:
Cytat
Jesteś pewien, że to tylko ból z powodu tego co było? A nie jest to trochę tak, że to też niepewność kim ta osoba rzeczywiście jest, co myśli, jak postąpi? Niepewność jest jednym z nieprzyjemniejszych uczuć. Nie na darmo stanowi repertuar tortur w przypadku dążenia do psychicznego złamania człowieka.
I tutaj dochodzimy do tego wspomnianego powyżej rprzepracowaniar1; zagadnienia. Jeśli chcemy dalej razem żyć, potrzebujemy nowego obrazu niewiernej osoby. Obrazu możliwie realnego, bo po tym wszystkim wyczuleni jesteśmy na fałsz i niedopowiedzenia. Po prostu nie da się wrócić, przynajmniej w moim przypadku, do obrazu sprzed zdrady, nie da się zapomnieć, nie da się wyprzeć z pamięci.
Do tego ta druga osoba musi się jednak otworzyć. A moja "C" chciałaby to zbyć milczeniem, uczynić niebyłym. Mogliśmy porozmawiać o tym jaka to ona była biedna w tej codziennej szarzyźnie, jak to ja nie widziałem jej potrzeb, itd.; ogólnie powiedziawszy usprawiedliwianie się, ale bez koniecznego otwarcia.
Dlatego wywalenie wysokim łukiem za drzwi jest o wiele prostsze. Z reguły zdrada ma przyczyny po obu stronach. Z innej strony, życie to nie telenowela, a nikt z nas nie jest kombajnem. W przypadku rezygnacji ze związku nie musimy zastanawiać się nad pobudkami drugiej strony i tym, co sami zawaliliśmy. Musimy tylko opatrzyć urażoną miłość własną, a resztę zwalić na tę podłą sukę (insyna).
W przypadku odbudowy związku musimy się zmierzyć nie tylko z własnymi demonami, ale i oporami, poczuciem wstydu i innymi problemami tej drugiej strony. A wszystko to bez jakiejkolwiek gwarancji.
Jedyny pewnik; jest to proces długotrwały i nie do przeprowadzenia, jeśli druga strona tego nie zrozumie i będzie się jedynie usprawiedliwiać, zwalając, de facto, winę na nas.
Cytat
Nigdy się z tym nie zgodzę kryzys może być po obu stranach ale nie
wyjscie z niego poprzez zdrade. Zdrada to nie wyjście z kryzysu
to niszczenie innej osoby.
W tym kontekście o tym myślałem. Trochę zbyt duży skrót myślowy.
Oczywiście zdrada nie jest wyjściem z kryzysu. To "z deszczu pod rynnę", zwłaszcza jak "sprawa się rypnie".
Sam osobiście powtarzam, że "ja mogę być winny naszego kryzysu, ale nie jej zdrady!".
choć zgadzam się zasadniczo z tym, co piszesz - to jednak dwie kwestie budzą we mnie co najmniej kontrowersje:
- czy łatwiej jest skreślić 20 lat wspólnego życia niż pozostać z jedyną miłością życia? Oj, niezakoniecznie....
- "zdrada ma przyczyny po obu stronach" - jest tu popełniona pozornie drobna, acz w rzeczywistości niezwykle ważna nieścisłość. O ile o sytuacji w związku decydują obie strony, o tyle o zdradzie decyduje zazwyczaj tylko jedna! Stąd wniosek o przyczynach zdrady po obu stronach jest nieadekwatny - to raczej kiepskie cechy zdradzającego (brak przyzwoitości, konsekwencji, sumienia, itd, itp) stanowią prawdziwe przyczyny zdrady...
Rozumiem celowość "odwracania tego kota" przez zdradzających dla zmniejszenia swojej winy, jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że nie zawsze wiedzą o tym ci, których dotąd ominęła ta "przyjemność" - ale takie "nieścisłości" w rozumieniu sprawy przez osoby zdradzone wciąż mnie zadziwiają...
Z całym szacunkiem,
Dar
PS: dopiero po zapisaniu mojego komentarza zobaczyłem powyższy - cieszę się, że nie tylko ja to zauważyłem.
No i nasuwa się pytanie, czy jak ktoś już wyszedł ze związku to może być jeszcze mowa o kryzysie w tym związku ?...no jakim związku ?, więc jakim kryzysie?..
Już przecież po kryzysie...;..kryzys jest.. rozwiązany.....
Gdyby pani poszła w tany po zakończeniu związku, to nie mówilibyśmy o zdradzie. Zdrada najczęściej polega na tym, że jedną nogą jest się jeszcze w związku, a drugą już poza.
A swoją drogą stały związek nigdy nie zaspokoi w pełni naszych potrzeb. Zawsze może się pojawić uczucie, że coś w życiu przepasowaliśmy. Tylko czy warto realizować tę czy ową mrzonkę zdradzając?
Bo moim zdaniem w związku trzeba zawsze z czegoś zrezygnować.