

| dusiaczek12 | 11. Grudzień |
| monika0070 | 11. Grudzień |
| goniusias | 11. Grudzień |
| mona12 | 11. Grudzień |
| Uma | 11. Grudzień |
JamesTon | 00:43:41 |
Landexpzglosy | 00:58:30 |
soighlah | 02:41:43 |
Sfinks | 03:54:59 |
Julianaempat... | 04:31:50 |

Witajcie!
Minęło: 10 miesięcy, 300 paczek wypalonych papierosów, 4 miesiące depresji, 6 miesięcy leków, 10 miesięcy terapii, 1 nieudany związek, ze 100 przepłakanych dni.
Nie sądziłem, że to przetrwam. Tak gdzieś głęboko we mnie była myśl-jak pewnie w większości z Was, by to skończyć, definitywnie. Myśl, do której nie przyznawałem się nawet przed samym sobą, bo jeszcze niechcący bym ją usłyszał.
Ciężko było. Z minionych 10 miesięcy jest tylko kilka dni wartych wspomnienia i zapamiętania. Cała reszta to walka o przetrwanie, walka desperacka, z relatywnie dobrym finałem.
Żyję. To jest najważniejsze. Cieszy mnie słońce, które rano budzi mnie z łózka, cieszy mnie roztapiający się śnieg i przedwczorajszy świergot ptaków.
Nie kocham jej już. Rozwodzę się. 21 marca rozprawa. Ostatecznie zamknę ten rozdział życia-stąd potrzeba napisania podsumowania.
Na początku byliście Wy-niewyobrażalnie mi pomogliście. Cała społeczność zorganizowana wokół czata i forum-gdyby nie Wy, prawdopodobnie dalej siedziałbym zamknięty w skorupie samego siebie, cierpienia i bólu. Te powyższe oczywiście dalej są i dalej zdarza mi się przepłakać cały dzień, tyle, że już nie z tęsknoty, i jest to ból który-wypłakany-przemija.
Dziękuję Wam.
Później był okres, w którym chciałem być draniem. Nieczułym, podłym, wykorzystującym kobiety sk...wielem. Nie dopuścić nikogo do siebie, czerpać satysfakcję z seksu i ze świadomości, że liczę się teraz ja, że będę żył tylko dla siebie, nie przejmując się nikim dookoła.
Nie udało się, bo nie potrafiłem tego zrobić, nawet raz. Zły na siebie, zły na słabość (tak o tym sądziłem), która nie pozwoliła mi się chociaż w części odegrać-nie na niej, tylko na kobietach. Cieszę się dziś, że nic z tego nie wyszło.
Depresja była trudna. Cztery stracone miesiące, kiedy nie robiłem NIC. Po prostu trwanie, jak zaszczute zwierzę, leżące w kącie i czekające, aż minie.
Wyszedłem, dzięki fantastycznej terapeutce i dobrze dobranym lekom.
Po drodze był związek-nieudany oczywiście, bo nie potrafię się jeszcze otworzyć, okazywać ciepłych emocji, wspierać, być dla kogoś innego. Umiem już za to być dla siebie-tak po prostu, a nie krzywdząc innych.
Pracuję od dwóch miesięcy i właśnie zmieniam pracę. Na lepszą. Poznałem nową kobietę, imię to samo. Może za pierwszym razem trafiłem, ale tylko w imię. Nie wiem co będzie, wiem natomiast, że będzie, że mam po co otwierać oczy każdego dnia. Mam cel, piękny i ogromny który chcę zrealizować. Cele są strasznie ważne, są drogowskazem, dzięki któremu nie błąkam się w ciemności-wiem dokąd iść.
Piszę tego posta w dwóch celach: po pierwsze chcę podziękować Wam, którzy daliście mi wsparcie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.
Po drugie, dla tych wszystkich, którzy tkwią jeszcze w mroku i wiecznym bólu. Miejcie nadzieję i dajcie sobie czas. On naprawdę leczy. Wyznaczcie sobie mały cel i trzymajcie się go kurczowo. Bo jutro może być lepiej. Tylko może, ale to tylko jeden dzień. A później kolejny i kolejny. Mówcie to sobie każdego dnia jak mantrę: "jutro może być lepiej, przetrwaj tylko dzisiaj". Bo gdzieś na końcu tej drogi (a nawet podczas jej trwania) czeka na Was szczęście.