Nie rozumiem...
Dodane przez Caitriona dnia Kwiecień 07 2021 11:55:55
Nie wiem od czego zacząć...Jesteśmy ze sobą osiem lat, trzy lata temu się zaręczyliśmy. W zeszłym roku, we wrześniu zadecydowaliśmy o przeprowadzce do większego miasta. On pojechał pierwszy, żeby urządzić nas w mieszkaniu. Ja wróciłam do siebie na kilka tygodni, aby pozamykać wszystkie sprawy. Przyjechałam pod koniec listopada, razem przyjechaliśmy na święta. Ustaliliśmy warunek: dajemy sobie rok, jeśli w tym czasie nic nie znajdziemy, wracamy do rodzinnego miasta i myślimy co dalej. Na szczęście się udało. W marcu tego roku on dostał pracę. Cieszyłam się niesamowicie, bo wiedziałam, jak bardzo istotne jest to dla niego. Niestety, fizycznie mnie przy nim nie było - musiałam znowu wyjechać pod koniec stycznia, musiałam ostatecznie zamknąć swoje sprawy. Na marzec chciałam wrócić, abyśmy razem pojechali na święta. Rozmowa. Do świąt zostają trzy tygodnie. Uzgadniamy, że nie przyjeżdżam, bo on jedzie z rodzicami do siostry, która źle znosi ciążę. Tydzień przed wielkanocą rozmawiam z nim przez telefon. On mówi mi, że będziemy musieli porozmawiać, jak wróci. Pytam się, co się dzieje. Czy coś z rodzicami, czy coś z siostrą, czy go zwolnili. Nie. Czuję jak strach zaciska mi pętlę na szyi. Czy ty mnie zdradziłeś? Odwraca wzrok. Tak. Ale tak fizycznie, po całości? Nie. Byłem wypity, ale nie aż tak, żeby nie wiedzieć co robię. Nie mogę sobie zaufać. Nie chcę, żebyś była z takim potworem. Rozłączam się. Cały tydzień nic nie jem, rozkminiam. Dostrzegam swoje błędy, uznaję ję, decyduję o poprawie. Że go zostawiłam, że jako narzeczona powinnam być przy nim. On rozumiał, że nie wyjechałam, bo stęskniłam się za mamą, ale że muszę załatwić sprawy. Miałam pewne problemy, mówiłam mu. Mógł w sumie wsiąść w pociąg i wpaść chociażby na weekend. Ale rozumiałam, że może mu się nie chce. Rozmowa w niedzielę. Nie widzieliśmy się prawie trzy miesiące. Nie przytulamy się. Później mówi mi, że chciał mnie przytulić, ale uważał że nie może z powodu tego, co chciał mi powiedzieć. A zaczął od tego, że od jakiegoś czasu jesteśmy dla siebie bardziej przyjaciółmi. Przerwałam mu. Od kiedy? Od którego momentu? To chyba dobrze, przyjaźń to dobra baza. Właściwie to przejęłam pałeczkę w tej rozmowie. Zadawałam pytania. Mówiłam, że to nie jest powód do rozstania. Owszem, do poważnej dyskusji o stanie naszego związku. Ale jeśli się kochamy to musimy go naprawić. Może zacząć od nowa. Ja byłam na to przygotowana. Chciałam po powrocie do miasta zacząć tam układać sobie życie. On zadecydował za mnie. Że ja mam powiedzieć, że się rozstajemy. Takie było jego założenie przed tą rozmową. Że po tym, co mi powie, uznam, że musimy się rozstać. Nie miał nawet jaj, żeby szczerze mi to powiedzieć samemu prosto w oczy. Chciał to scedować na mnie. Zrobiłam mu mętlik w głowie. Wiem o tym. Pod koniec rozmowy powiedział, że jest zaskoczony sposobem, w jaki ja na to patrzę, jak ja do tego podchodzę, do jakich wniosków doszłam. Nie wiem, czy pozytywnie czy nie. Ale powiedział też, że jest zawiedziony, że nie miał jaj, by trzymać się swojego pierwotnego założenia. Rozstaliśmy się z decyzją o definitywnym rozstaniu. Ja zadałam to pytanie, czy chce, on powiedział, że tak. Oddałam mu pierścionek. Przyjął go. Odeszłam. Na następny dzień mieliśmy drugą rozmowę. Pytam: co takiego nagle się stało, że znaleźlismy się z naszym związkiem w tym miejscu? Co takiego się stało, że zacząłeś w ten sposób odbierać nasz związek? Jeśli chodzi o wyrwanie mnie z domu, to przecież już w naszym mieście mnie wyrwałeś. W następnym większym mieście, do którego się przenieśliśmy, mnie wyrwałeś. Jesteśmy już bardziej jak przyjaciele. Od kiedy? Od którego momentu? I bardziej niż co? Może to wcale nie chodzi o to, że mnie nie było przy tobie, tylko o to, że właśnie mnie nie było i tobie sie to spodobało. Przyznał, że za pierwszym razem, jak mnie nie było, bardzo tęsknił. Jak wyjechałam drugi raz, przeraził się tym, że nie tęsknił tak mocno i że spodobało się mu bycie samemu. Stwierdziłam, że tak zafiksował się na tym rozstaniu, bo uważa że taka powinna być kara. Ja uważam, że wcale tak nie musi być. Ja dałam bardzo dużo od siebie. Uznalam swoje błędy i jestem gotowa je naprawić, jeśli mi pomożesz. Tylko musisz być ze mną całkowicie szczery. Nie tak jak sobie planowałeś nie to na co się zafiksowałeś, tylko prawdziwie. Nie wierzę, że mnie nie kochałeś. Nie werze też, że tak łatwo, tak lekko, to uczucie w sobie zgasiłeś. Wydaje mi się, że jest coś, czemu się poddajesz, coś co miało wpływ na to, żebyś się mnie pozbył. Bo to, co teraz mówisz nie może być powodem zabicia 8letniego związku. Wystarczy porozmawiać. Przyznać, że musisz dojść do siebie, że się pogubiłeś, nie wiesz, co robić, że prosisz o oddech, umówmy się za za jakiś czas. On zaczął się zastanawiać, żemoże za bardzo rozbabrał te osiem lat. Że boi się tego, że staniemy się takim małżeństwem, że tylko kapcie, gazeta, obiady. Powiedział, że brakuje mu tego, co mieliśmy na początku. Ekscytacji. Ja na to, że każdy ogień pali się inaczej i to do nas zależy, żeby go podtrzymywać. Kapcie i gazeta? Świetnie. Nieistotne jest, że się milczy, ważne z kim i że się to umie robić. Przyznał, że jego rodzice mieli poważny kryzys. Przetrwali. Wyszli mocniejsi. Nie uznajemy rozwodów, więc pytam, co by było, gdybyśmy doświadczyli czegoś takiego jako małżeństwo. ... Zauważył też, że może zaniedbał fizyczną część naszego związku. Ja tego tak nie widzę. Zapytałam o tę imprezę, na której się całował. Powiedział, że dobrze się czuł wśród obcych ludzi. Ale też że brakowało mu tam mnie. Nie wiem, jak to interpretować. Tym bardziej, że dziewczyna, z którą się całował, jest do mnie bardzo, ale to bardzo podobna. Zapytałam (wiem, to są bardzo głupie pytania), co ona mu dała, czego ja mu nie dałam. Co w niej znalazł, czego nie znalazł u mnie. Co ona mu uświadomiła. Nie chciał, żebym go przesłuchiwała. Zapytałam, czy ma kogoś na widoku. Po długiej chwili odpowiedział "możliwe".... Zaproponował, abyśmy dali sobie czas i sprawdzili, czy jako obcy - nieobcy sobie ludzie będziemy wciąż czuli do siebie to samo. Mam ogromny mętlik w głowie. Zewsząd słyszę, że zostawił sobie mnie jako koło ratunkowe. Pytania, czy chcę być tą, do której wróci, jak z tamtą nie wyjdzie. Dlaczego nie chcę być tą jedyną? Jak ja mogę w ogóle rozważać ewentualny powrót do niego? Nie widzę, nie chcę może widzieć, że on jest niedojrzały, nieodpowiedzialny, cyniczny, wyrachowany, że nie ma jaj, by prosto w oczy powiedzieć kobiecie, którą rzekomo kocha, prawdy. Słyszę, że jestem chora z miłości. Że jestem nim zatruta. A ja nie chcę wierzyć, że on to robi z premedytacją. To nie jest mój B. To nie jest mój B., jakiego znam.
Rozszerzona zawartość newsa