Moja zdrada
Dodane przez Salsa dnia Październik 10 2020 08:28:34
Witam wszystkich... Jestem tutaj, bo potrzebuje wsparcia, rady, spojrzenia z boku na moją sytuację... Mam 38 lat i 3 córki. Mam też oficjalnie męża, który według mojej wiedzy zaczął mnie zdradzac, kiedy byłam w trzeciej ciąży. Zaplanowanej... Moja najmłodsza niedługo będzie miała 4 latka. O zdradach dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, kiedy córka miała ok 8 miesięcy. Jak pewnie każdy z Was, nigdy bym się tego po nim nie spodziewała... Owszem, zrobił się dziwny. Od jakiś 2 lat zaczął bardziej denerwować się pracą, a zaraz na początku ciąży przeżył załamanie nerwowe. Wydawało się bez pow9odu. Zaczął myśleć jakoś absurdalnie, że nie wyrabia się, że go wyleją z pracy itp. Pracuje w tym samym zawodzie wiec wiem, że nie było powodów by tak to przeżywać. Zaczął chodzić po domu po nocach, nie spać, ja razem z nim... Nie wiedzialam jak mu pomóc... Nie zostawiłam go z tym samego. Nocami nadrabiałam jego zaległości w pracy na ile mogłam, starałam się z nim byc, rozmawiać, kupowałam środki uspokajające, prosiłam o wizyte u lekarza... Nawet namówiłam na nową pracę, trochę mniej płatna ale wydawało się mniej stresująca... Dostał ją, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Sam podjął te decyzję. Stwierdził, że da radę tylko musi zadbać o większy dystans do niej... Niestety zadbał też o dystans do mnie. Niby zaczął spać, ale przestał mówić, wieczory spędzał z telefonem... W związku ze dziecko miało przyjść na świat przyspieszył decyzję o remoncie, ale również zaczął mnie przekonywać ze zamiast remontu jednej łazienki musimy zrobić 2 oraz kuchnie i wymienić wszystkie okna... W ten czas ciągle pracowaliśmy, ja do 9 miesiąca ciąży... Nie było pytan jak się czujesz. Były spory co zamówić jak co zrobić... Był bałagan i robotnicy w domu którzy wymagali nowych materiałów narzędzi, które ja w 9 miesiącu ciąży jechałam załatwiać na przerwach w pracy. Ale wszystko dla niego. Wszystko... Po remoncie ogarnęłam dom i poszłam rodzić. Czułam, że todze sama. Mimo że trzeci poród, był najtrudniejszy z wszystkich. Był obok ale zero zaangażowania. Oczywiście mu to powiedziałam, nie rozumiał. Potem wszystkie domowe obowiązki spadły ma mnie. Mąż przecież ciężko pracuje a ja "tylko" siedzę w domu... Spałam z malutką, bo było mi łatwiej niż wstawać do niej, zależało mi też by się wyspał, z nim nawet nie miałam ochoty... Seks był, jaki tylko chciał... No usypiałam wszystkich i byłam dla niego... Nie ukrywam, że byłam po ciąży z 15 kg więcej niż teraz. Nie przeszkadzało mi to, zawsze kochałam swoje ciało. I myślałam, że on je też kocha, sam przytył zresztą więcej niż ja w ciąży... Nagle kupił nowy telefon, że zamiast pinu będzie skanował tęczówkę. Śmiałam się, że taki chce być tajny agent... Dał mi swój stary do dyspozycji, kiedy byłam na wakacjach u rodziców. Zaczęłam wpisywać coś w Google i pojawiły się wyszukiwane słowa... Escorts itp. No Szok. Skonfrontowałam to z nim i stał się milutki i mówi, że takie mu wyskoczyło to popatrzył. Dalej zauważyłam dziwny numer w kontaktach. Wpisałam w Google... No po co by miał go zapisywać. Oj chciałam wierzyć że przypadkiem! Trochę wierzyłam, bo oczywiście jak to możliwe. Moj mąż. Ktoś kto był moim przyjacielem. Ktoś kto miał się mną opiekować. Katolik z najbardziej katolickiej rodziny jaką znam (nie mierze wszystkich jedna miarą, ale wierzę już co taka przykrywka może zrobić z człowieka). Nie dałam spokoju, całe dnie sprawdzałam bilingi gdzie dzwonił kiedy i do kogo pisał... Naliczyłam około 6 dziwnych sytuacji. Po konfrontacji musiał przyznać, że a tak tylko dzwonił i pisał sobie. Taka hotline... Koniec nastąpił, kiedy kazałam mu wejść na konto bankowe i dać wykaz danego dnia. Kasa wyciągnięta na jakiejś stacji benzynowej... Totalnie gdzie go nie miało być... Oczywiście wyciągnął i pojechał do domu haha... Wtedy mi nie było do śmiechu. Trójka dzieci, wspólne marzenia, plany, nie mówiąc o kredycie. Mój świat, mój cel i moja miłość bezgraniczna. Zdeptana i zostawiona, bym sobie z tym radziła. Zwróciłam się o pomoc do jego katolickiej rodziny, od której zresztą miał zero wsparcia od kiedy się wyprowadził zaraz po ślubie ( mieszkamy w uk od 12 lat, co jest dodatkowo trudniejsze, bo jednak tęsknota jest ogromna). Wsparcia nie dostałam, jednak byl płacz mamy i milczenie ojca. Niekończąca się analiza, że oczywiście to moja musiała też być wina od żony jego brata, która wszystko wie i "ja nie oceniam" jego brata. Super. Wróciłam z tymi dziećmi do UK a jego wysłałam na leczenie to ośrodka leczenia depresji w Lublinie. Został tam 2 miesiące. Schudł. Pracował nad sobą. Brał leki. Ja zresztą też zaczęłam, zapisałam się tutaj na terapię bo myślałam że oszaleje. Wrócił. I w przeciągu kilku miesięcy porzucił terapię i leki. Niby na początku rozmawialiśmy trochę. Brakowało mi czegoś typu padnięcia na kolana i bicia się w piersi. Było wydukane przepraszam, nic wiecej. Nie wytrzymałam i po pół roku powiedziałam mojej mamie, która z nami mieszkała, by pomóc przy dzieciach. Nie chciałam robić tego wcześniej, by nie zatracić też ich relacji, która była bardzo opiekuńcza z jej strony. Mama była w szoku i ten ból wylewał się z niej nocami. Przez łzy. I przez pisanie. Pisała list do moich teściów. Pełen smutku bólu i tego co dalej... Z mężem skonfrontowałam się że 2 razy tylko, kiedy było sami ale mówi że on jest jak ptak w klatce i patrzy tylko tymi ptasimi oczami na nią... Ptasie oczy pełne bólu ale i złości... Ze się wydało i czego chcecie. Kolejnym etapem była jej rozmowa z teściami, którzy starali się uświadomić jej że to zapewne że mną jest coś nie tak. Dokładnie nie wiadomo co, bo niby dbałam o niego itp no ale przecież też "nie musiałam". Ja też to na własne uszy usłyszałam od teścia. Coś nie tak że mną... I teściowa jak katarynka powtarzająca co jej druga synową o mnie mówila. Nawiasem mówiąc, zawsze była ta synowa pyskata i wredna i życie wszystkim zatruwa, bo jak nie jest po jej to wojna. Nic nigdy moje dzieci czy mąż nie dostały od dziadków nic a na nich ciągle biorą kredyty... Żeby dokupić ziemi i budować nowy dom. My "niech se radzą" się nazywamy, bo ja przecież taka zaradna... Przez te 3 lata w głowie poukładam sobie tyle -moja rodzina mnie kocha i akceptuje i zawsze jestem dla nich ważna, mimo że też bywało różnie - rodzina męża miała nią być ale niestety to już rozdział zamknięty, nie chce ich znać i wiem, że im bardziej zabiegałam by mnie lubili tym mniej dla nich znaczyłam -mój mąż zostawia mnie z moimi łzami wychodzi i też cierpi ale nie zrobi z tym nic -jestem tym bardzo zmęczona więc go przestałam kochać -zaniedbałam dzieci starając się uratować małżeństwo (za dużo emocji i energii wkładałam w próbę rozmowy z nim) -mój mąż jest chory, ale nie robi z tym nic oprócz pogadanek z coachem którego mu podsunęłam -lepiej mi by było bez niego -nadal go lubię -bardzo mu współczuję, ale nie wiem czy on współczuję mi -czasem myślę że mogę z nim mieszkać i po prostu zaciskam żeby i śpimy osobno nadal choć on się przychodzi zwykle rano do mnie się przytulać. Już tego kie lubię. Czuję wtedy się jak w płapce. Nie odpoczywam. Myślę - idź sobie, nie mogę spać przy tobie, daj mi spokój. Nie powiem mu tego, bo nie chce go ranić - jestem sama, pierwszy raz od kiedy pamiętam, nie lubię być sama, ale nie wyobrażam sobie kogoś mieć "na boku" - mój mąż nigdy się nie zgodzi na rozwód i ucina wszelkie rozmowy, a raczej ich nie podejmuje, potrafi milczeć godzinami... - mam cudowne córeczki i muszę o nie zadbać ale nie wiem jak i nie chce ich zranić, one nic nie wiedzą, tak samo jak reszta mojej rodziny (tata czy bracia). Traktuje męża z szacunkiem, ale nie z miłością. Bywało różnie na etapie wypominania, ale kto by to zniósł. Co mam zrobić, by zrozumiał, że to że jemu wystarcza to, mnie bardzo uwiera taka sytuacja i wszystko wewnątrz krzyczy że musi być inaczej... Jest człowiekiem miłym i pomocnym. Totalne przeciwieństwo mojego agresywnego ojca, od czego chciałam zawsze uciec... Dziekuje wszystkim którzy dotrwali do końca. Pomóżcie proszę jakimś słowem. Niech boli jak musi.. . Pozdrawiam!
Rozszerzona zawartość newsa