dom, dziecko, kredyt i ...zona
Dodane przez misiau dnia Czerwiec 23 2020 18:29:19
Cześć, Mija jakieś pół roku od kiedy odkryłem prawdę. Ale od początku, staż 5 lat, dziecko 4, dom na kredyt, auto itd. oboje pracujemy, dobrze zarabiamy, zawsze bardzo kochałem moją żonę. Nie było idealnie, były momenty ze klucilismy sie jak diabli ale koniec koncow sie godzilismy - jak chyba kazde małżeństwo, szczegulnie to na dorobku. rok temu żona była na projekcie gdzie miała częste delegacje, pracowała non stop, ale była to nowa pozycja więc starałem się okazać zrozumienie i wsparcie, w końcu widziałem że bardzo jej na tym zależy, nawet jak (w mojej opinii) mniej sie przez to zajmowała dzieckiem bo ciągle praca / delegacje to sie starałem tak nagiąć w swojej żeby to ogarnac. znosiłem dzielnie telefony o każdej porze od jej przełożonego na projekcie, czy to w sklepie, czy gdzie kolwiek... wlasciwie nie odklejala sie od telefonu. od dawna miałem problemy z zaufaniem ale pracowałem nad sobą (chyba dokładnie nie w tym momencie co trzeba) kasowala od przełożonego wiadomosci na whatsupie bo "ciagle ja meczy i denerwuje i pojawia jej sie u samej góry i ja to stresuje wiec usuwa " - sam sie dzisiaj dziwie ze łyknąłem taka scieme, ale bardzo chciałem jej wierzyć, mimo niepokoju w srodku wiedzialem ze moja zona w swoim zyciu wiele razy byla zdradzana i ze nigdy przenigdy by mi tego nie zrobila bo przeciez wie jaki to bol. ... taaa koniec koncow pol roku temu cos nie tknelo przechodzac pod drzwiami zony uslyszalem jak z kims rozmawia ale nie uzywa slow tylko robi Mhm mhm.. bo nie chciaa glosno odpowiadac (zrozumialem ze po to bym nie slyszal) więc znalazlem chwile sposobnosci, zainstalowalem oprogramowanie szpiegowskie na telefonie i dlugo nie musialem czekac. okazalo sie ze zona miala na projekcie romans przez ponad miesiac, powininem byl zostawic to w cholere juz w tedy, ale jak widac nie wychodowałem sobie jaj wtedy i nadal chyba nie chcą wyrosnąc. kazalem sie przyznac do wszystkiego. dzien 2) przyznalaz sie do romansu ale emocjonalnego..wie ze to jak zdrada, łzy , przepraszanie , bo ona potrzebowala kogos komu moze sie wygadac itd. dzien 3) tak calowali sie i macali w aucie, nie spali za zadne skarby tydzien kolejny poskladalem fakty przycisnalem do muru - oczywiscie ze spali ze soba, lazili po hotelach i dalej nie musze mowic. jestem zadbanym przystojnym facetem, lat 30 pare , czuje sie jak górno, zdradziła mnie z starym łysym grubasem , nie raz, t trwało, po tem slyszalem jak to nei mowila bo sama chciala skonczyc, bo sie bala, bo prawde dostawalem porcjami ale dopiero jak docisnalem tak mocno i przyszpililem faktami. i chcialem to juz zakonczyc 3 razy, bardoz sie starala , bardzo chciala szansy, ja czulem sie tak zmieszany, slaby i nic nie warty ze zgodzilem sie, fakty ze stawala na uszach przez pierwszy miesiac, teraz co najw. zchodzi z drogi. na poczatku mialem ochote zostawic dom, wynajac jakies mieszanie, podzeilic sie dzieckiem, ale jakos nie potrafilem sobie wyobrazic zycia bez niej (czemu nie wiem) . chcialem zostawic jej wszystko tylko zeby to juz minelo i zebym mial spokoj. kiedy poukaldalem sobie troche w glowe Mama mojej zony zachorowała i po kilku tygodniach zmarła. przeczekalem - zdaje sobie sprawe ze pewnie nie bylem zadnym wsparciem i co najw. tam bylem przy niej . teraz mija pol roku jak wiem, kocham moja coreczke, zony nie, na poczatku bylem zmieszany i trudno bylo mi okreslic co czuje, mimo ze ona ciagle mowi ze mnie kocha to nic to nie znaczy dla mnie, ja do niej nic nie czuje. choc to nie do konca prawda, kazda rozmowa z zona, czy przebuwanie chocby 5 minut w jej obecnosci konczy sie dla mnie stresem i rozstrojem zeladka, moj organizm zachowuje sie jak by byl w stanie zagrożenia. wiem ze nie chce byc z zona, wiem ze kazda chwila razem to moj uszczerbek na zdrowiu. mimo ze ona sie stara, ja nie potrafie ani zapomniec, ani wybaczyc, tkwie w przeszlosci, nie chce nic z nia budowac a na sam pomysl planow noz mi sie w kieszeni otwiera. stoje w miejscu, to glupie - wiem, ale boje sie panicznie na sama mysl o tym ze mial bym odejsc, ze mial bym z nia porozmawiac o tym, ze nagle wszystko sie zmieni, ze beda placze i lamenty, czas nigdy nie jest dobry. i szczerze mówiąc przeszły mi pomysły zostawiania czego kolwiek, boje sie tylko ze zona moze chciec na pewnym etapie szantażować mnie dzieckiem, a na stratę córeczki pozwolić sobie nie mogę, bo to największe szczęście jakie mam. ona planuje wakacje, a ja nie potrafię obok niej przebywać nawet przez 10 minut tak by mi sie żołądek nie wywracał.( to nawet śmieszne, ale jak kończę prace i zona tez to nie mija 15 minut i musze leciec do toalety przez rewolucje żołądkowe - w sumie przez te pol roku schudłam chyba 10 kg) myślę że wiem co powinienem zrobic, ale tak cholernie się boję, i samego procesu i konsekwencji i tego ze potem bede zalowal... choc wiec ze nie potrafie przetrawic tego co sie stalo, nie zaufam jej nigdy, nie zbudujemy niczego wiecej. nie mam tez z kim sie tym podzielic wiec jestem tutaj, nie pojde do rodzicow czy rodziny ( o kolegach tez nie wspomne) bo zwyczajnie mi wstyd . nie wiem wlasciwie czemu mi, bo to nie ja sie powinienem wstydzic. moze tego ze dalej jestesmy razem po tym co sie stalo.. nie podnioslem sie jeszcze, co najwyzej otrzepałem. ale prawda jest taka ze jade na tabletkach uspokajających i nie wyobrazam sobie dnia bez skreta, zaczalem palic jak smok, przestalem sie ruszac, usmiechac tez, opuscilem sie w pracy, czuje sie jak by w srodku cos umarlo. nie było idealnie, czasami nawet bardzo zle, ale to bylo nasze i tylko nasze. tak mi sie wydawało. jak widzę żone to budzą się we mnie uczucia obrzydzenia, ale tak naprawdę to nie chciał bym jej zrobić krzywdy. wiem jaka krzywde mi wyrządziła ale jej cierpienie tego nie zmieni. chcial bym uciec, nie potrafię nic z tym zrobic, próbowałem odejść kilka razy, zawsze konczylo sie placzem i w końcu zostawalem. nie wiem na co liczę pisząc to, ale czuje jak by skonczyly mi sie opcje.
Rozszerzona zawartość newsa