Straszny żal i brak wybaczenia
Dodane przez tazdradzajaca dnia Listopad 22 2019 20:22:17
Nasz związek miał kilka burzliwych okresów. Przyznaję, że mój mąż zawsze się starał, to ja w naszym wszystko psułam.
Pozostawałam w bardzo toksycznej relacji z matką, która wszystkiego mi zakazywała, wszystko wiedziała lepiej. Nie zamieszkałam z nim przed ślubem, chociaż obiecywałam, nie wyjechałam z nim na żadne wakacje, które również na wieczne kiedyś odkładałam. Gdy już zbierałam się na rozmowę z matką, po jej minie albo pierwszych słowach wiedziałam, że sprawa jest przegrana. Może jest to trudne do zrozumienia jak dorosła kobieta może być tak uzależniona od matki. Cóż, tak mnie wychowano, zawsze pod jej dyktando, ja jedynaczka, ojciec mówiący "rób jak mama mówi", sam będący totalnie pod jej pantoflem. Byłam także uzależniona finansowo od rodziców.
W 2016 mocno się kłóciliśmy o zaręczyny, on zmęczony moim wiecznym "nie" na wszystko, w tym na mieszkanie, powtarzał, że nie widzi potrzeby zaręczania się i ślubu, że szkoda mu pieniędzy i że swoim zachowaniem "nie zasługuję" na pierścionek. Nie dziwię mu się teraz, psycholog wytłumaczył, że on też bardzo przeżywał moje zachowania. Wówczas tego nie dostrzegałam, było mi przykro, że tak mówi. W dodatku otoczenie pytające czy my się w końcu zaręczymy i matka, która, chociaż go uwielbiała, w każdej domowej awanturze rzucała, że jestem głupia i naiwna, a on nie traktuje mnie poważnie i wpędza w lata. Działało na psychikę, mocno. Byłam w dołku, "pocieszałam" się faktem, że wśród znajomych jest jeszcze jedna taka para jak my, z długim stażem, bez zaręczyn i planów ślubnych.
W końcu lipca 2016 r. wylądowaliśmy na weselu jego znajomych, wśród gości wspomniana wyżej para i nagle... dziewczyna z tej pary wyskakuje nad rosołem z pierścionkiem na palcu. Ledwo przeżyłam to wesele, miałam łzy w oczach całą imprezę. Niewiele z niego pamiętam, na pewno pokłóciliśmy się ostro. Mówił, że nie ma mowy, nie będzie żadnych oświadczyn i żadnego ślubu. Zawsze, po każdej kłótni, czułam podświadomie, że będzie dobrze, że się pogodzimy. To była pierwsza sytuacja, w której poczułam, że moje serce zostało złamane. Zwątpiłam w te 6 lat, które wówczas razem byliśmy, czułam się oszukana. Pamiętam, że wtedy jakoś zobojętniałam na wszystko, na życie.
Nagle, miesiąc później, w sierpniu na wyjeździe do Wrocławia oświadcza mi się. Miałam pewne przeczucie. Pamiętam, że podzieliłam się nim z koleżanką, było ono kompletnie nieracjonalne, niepoparte żadnymi faktami, ale tak czułam. I ja sama i koleżanka uspokajała mnie abym sobie nie wyobrażała. Miałam jednak nosa. Wytłumaczył, że chciał się oświadczyć, że wówczas na tamtym weselu miał upatrzony dla mnie pierścionek i był zły na tamtą parę (powiedział tamtemu chłopakowi, że szuka pierścionka, a tamten nie podzielił się z nim tą informacją). I było szczęście i rozpoczęliśmy planowanie wesela. To był naprawdę szczęśliwy czas, chociaż w sercu nosiłam wspomnienie tej kłótni na weselu. Bardzo przeżyłam tamtą sytuację i minęło sporo czasu zanim o niej zapomniałam.
Zaczęło psuć się w 2017 r. Chciał razem mieszkać, ja chociaż po studiach, realizowałam dalszą ścieżkę naukową (taki zawód niestety) i nadal pozostawałam uzależniona finansowo od rodziców. On zaczął mi grozić, że nie będzie ślubu, że nie idzie niczego załatwiać itp. [b]Ponownie, teraz gdy wytłumaczył to psycholog rozumiem, że ten szantaż brał się z kompletnej niemocy, ale wówczas uważałam, że postępuje samolubnie, wie jak ciężko mi z matką i jeszcze stawia mnie między młotem a kowadłem[/b]. Był też stres o egzaminy, które były podsumowaniem mojej całej ścieżki zawodowej i matka jęcząca nad głową, że już się trzeba zacząć uczyć. Naprawdę myślałam, że oszaleję, nie ogarniałam rzeczywistości, bałam się nawet w myślach planować następny dzień. Bałam się, że on zerwie. Chciałam jakoś przetrwać, zdać egzaminy, a później już tylko chwila i nasze wesele. Wolność zawodowa, finansowa, małżeństwo.
W tym całym chaosie pojawił się ten, z którym zdradziłam. Był starszy o całe naście lat, z żoną i praktycznie dorosłym dzieckiem. Wpierw mieliśmy zupełnie zwyczajny kontakt, bez żadnych podtekstów, lubiliśmy się. Wyszło przypadkiem, on pijany z kolegami popłynął pisząc, że mu się zawsze podobałam. Byłam tym szczerze zszokowana,uważałam to za koniec znajomości. Po jakimś czasie te emocje opadły, wróciliśmy wpierw do normalnych rozmów, w zasadzie to pisaliśmy tylko ze sobą. Z czasem w tych rozmowach pojawiały się słowa, że podobam mu się, jakieś komplementy. Schlebiało mi to, nie powiem. Kiedy z niezrozumiałych dla mnie wówczas względów mój narzeczony szantażował mnie ślubem, kiedy czułam się totalnie bezwartościowa,te komplementy i te słowa dawały mi jakiś rodzaj ucieczki. Nie podejrzewałam nawet, że mogłoby to przerodzić się w romans. Nigdy nie interesowały mnie takie przygody.
Sytuacja nadal była dla mnie coraz bardziej stresująca, więc uciekałam w tę znajomość. Zdarzało nam się spotkać, ale była to zwykła kawa i rozmowa. Zdarzyło się spotkać sam na sam i też niczego nie robił. W końcu tak się stało, że doszło do seksu. W sumie nie pamiętam tego dokładnie, czułam się gdzieś poza swoim ciałem, nie było to ani przyjemne ani satysfakcjonujące. Czułam do siebie wstręt, jednocześnie było to jakieś nierealne. Po tym on pisał, upewniał się, że ok, zabiegał. Było kolejnych kilka razy. Nie wiem czemu, nie o seks mi chodziło, wydawało mi się, że jemu też nie. Jasne, inicjował, ale nie wydawał się zainteresowany wyłącznie tym. A ja? Ja się na to godziłam, chciałam aby był, wysłuchał mojej paplaniny o problemach, powiedział coś miłego. Czułam się dowartościowana. Z seksu orgazmu nie miałam. Nigdy.
Nie chciałam kontynuować tej relacji po ślubie. Lubiłam go, uważałam, że możemy mieć kontakt, fajnie, że mogę z nim porozmawiać, [b]znaleźć ujście dla mojej wiecznej patologicznej wręcz paplaniny o problemach[/b]. Cóż, o psychologu na problemy nie pomyślałam, w moim domu psycholog był dla "głupich".
Happy endu nie było. Mamusia niezadowolona, że nie jest na naszym ślubie najważniejsza poobrażała się na całą rodzinę, groziła, że nie dopuści do ślubu. Po prostu piekło. Chociaż publicznie nie wydarzyło się nic złego, dla mnie to był przykry dzień, przez nią. Tak się nienormalnie zaczęło nasze małżeństwo i tak nienormalnie trwało całe miesiące. On w pracy, jedyny który ogarniał wszystko, od prania po zarabianie na dom. Ja w totalnej rozsypce, bez pracy (także dzięki zabiegom matki), załamana. On pozornie radzący sobie ze wszystkim, jednocześnie krzyczący na mnie, że się załamuję. Miałam mu za złe, nawet nie podejrzewałam, że on to przeżywa, mówił, że problemy mojej rodziny po nim spływają.
Znowu znalazłam ujście w rozmowach z tamtym. Mogłam się wygadać. Dochodziło do seksu, godziłam się na niego, chociaż wcale go nie potrzebowałam.
Z czasem jednak zaczęła mi ta relacja wadzić. Zaczęło do mnie docierać co robię, że to nie fair, zaczęłam dostrzegać, że tamten w zasadzie tylko chce jednego. Uważał przy tym, że jest taki zajebisty, a wcale nie był. Zaczęłam wymyślać wymówki aby się nie spotykać, chociaż nie umiałam i nie chciałam ucinać tej znajomości. Myślałam, że się to tak jakoś rozejdzie przez obopólny brak czasu i obowiązki, ale bez żalu, bez jakiejś zemsty z jego strony. Kiedyś mi przeszło przez myśl, że on wie za dużo o mnie i nie chciałam iść z nim na noże. Pisałam mu jak dobrze mi z nim w seksie na pokaz. Nie chciałam żeby się obraził i faktycznie wykorzystał to co o mnie wie, o moich problemach. Chciałam aby wierzył, że ten brak spotkań to tylko brak czasu, nic więcej.
Mój mąż dowiedział się przypadkiem, nie wylogowałam się z facebooka. Był zdruzgotany, poszliśmy do psychologa, totalna porażka. Oboje wyszliśmy niezadowoleni z przebiegu tej wizyty. Na tym skończyła się terapia par. Mąż znalazł sobie psychologa i poszedł beze mnie. Nie miałam pretensji, wiedziałam, że tego potrzebuje. Następne miesiące chociaż nerwowe i pełne kłótni, zali, inwigilowana mnie (za moją zgodą), czytania moich rozmów z tamtym, czytania jak żaliłam się na przestrzeni lat na mojego męża koleżankom (tak, jak była kłótnia, biegłam i paplałam do koleżanek :( ). Ale jakoś wydawało się to iść do przodu. Przychodził od psychologa z notatkami, czytał mi je, miał zadania dla nas, propozycje co robić, jak się starać, polecenie aby rozmawiać. Ja sama zaczęłam konsultować się z innym psychologiem.
Nagle bańka prysnęła. Wiedziałam, że go to męczy, wiedziałam, że próbujemy rozmawiać, ale często te rozmowy przeradzają się w kłótnie. Szczerze wierzyłam, że sobie poradzimy, w końcu każdy radził się psychologa. Potem okazało się, że jeden psycholog mówi A, drugi mówi B, doszło do momentu, w którym spieraliśmy się czyj psycholog ma racje i czyj jest lepszy. Paranoja. Mam żal do siebie i do ludzi, z którymi się konsultowaliśmy. Każdy powtarzał, że mamy problem w komunikacji, że powinniśmy iść na wspólną terapię, a jednocześnie urządzano nam terapię par na indywidualnych jednoosobowych konsultacjach. Minęło 6 miesięcy. Czuję, że nie tyle stanęliśmy w miejscu, co sobie pogorszyliśmy kłócąc się przez psychologów. On zaczął mówić o tym, że chce rozwodu, że czeka aż ja też się z tym pogodzę. Zaczęliśmy żyć na dwa pokoje. Trwa to od około tygodnia. Zorganizowałam psychologa dla nas obojga, było słabo, on twierdził, że nie chce się starać, że nie interesuje go terapia, że chce abym ja się pogodziła z rozstaniem a nie mówiła o tym, że moje życie nie ma sensu bez niego i chcę popełnić samobójstwo. Wiem, że do niczego nie mogę go zmusić, ale mam poczucie, że oboje chcieliśmy i chociaż trafiliśmy pod opiekę profesjonalistów, to odebrano nam prawdziwą drugą szansę przez te 6 miesięcy. Powiedział, że czeka ile wytrzymam takiego życia i udawania przed rodziną i znajomymi. Doszło między nami do wielu ostrych kłótni w minionych dniach, ja nie panuję nad nerwami, zdarza mi się rzucać przedmiotami w podłogę, nienawidzę samej siebie, mam żal do siebie, chciałabym żeby dał mi szansę. Wciąż w nią wierzę, znam go, wiem, że potrafi być w nerwach bardzo nieprzyjemny i chamski. Chociaż chodziło o znacznie lżejsze gatunkowo tematy, to jednak w przeszłości tak było, że nie dyskusja w której on po złości przyjmował strategię "nie na wszystko", a czyny powodowały, że wracaliśmy do normy. Wiem, że zdrady nie da się wymazać, ale chciałabym aby dostrzegł, że w całym tym poplątaniu życiowym chcę pracować nad sobą i swoim zachowaniem (moje zachowanie prowokowało jego negatywne zachowanie w większości). Powiedział, że nie chce ze mną dzieci, bo nie umiem zadbać o siebie a co dopiero o dziecko. Wiele przykrych słów padło, a jeszcze w piątek tydzień temu ze sobą spaliśmy. Czy jest szansa? Czy to może być po prostu etap przeżywania zdrady? Nie wyobrażam go sobie z inną, kocham go. A on za swoją psycholog powtarza tylko, że jak ktoś kocha to nie zdradza :(
Rozszerzona zawartość newsa