zdradzony, załamany i co dalej?
Dodane przez zalamany01 dnia Listopad 02 2018 18:35:16
Witam serdecznie. Mam na imię Maciek i mam 38 lat. Mam cholerny mętlik w głowie, dlatego też odważyłem się na opisanie mojego kłopotu na forum. 19 lat temu poznałem dziewczynę, po około roku byliśmy parą. Związek początkowo był burzliwy, zrywałem z nią kilka razy (1-2dni) i wracaliśmy do siebie. Byłem bardzo zazdrosny o każda pierdołę. Każdy był młody, każdy popełniał błędy zarówno ja, jak i Kasia. Po około roku nasz związek nabrał barw i stał się "normalnym" związkiem (wiele rzeczy zrozumiałem które robiłem źle i wyciągałem wnioski). Minęły 3 lata jak byliśmy para, układało się nam bardzo dobrze. Nie potrafiliśmy bez siebie żyć. Wszystko chcieliśmy robić razem - dosłownie, spędzać ze sobą maksymalną ilość czasu (zarówno ja, jak i ona). Nie mieszkaliśmy razem. Zabierałem ze sobą kolegę z dzieciństwa do nich (mieszkała z rodzicami i bratem). Bywało tak, ze czasem byłem w pokoju jej brata (wspólne tematy, początki internetu itp) i w tym momencie mój kolega zaczął romansować z moją dziewczyną w pokoju obok. Trwało to około tygodnia a ja nie wiedziałem wtedy dlaczego mój kolega woli siedzieć w pokoju z moją dziewczyną i oglądać z nią filmy niż być razem z kumplami. Nie podobało mi się to. Zacząłem wypytywać Kasię czy wszystko jest ok, czy wszystko gra. Oczywiście zapewniała, że tak, że przecież mnie kocha i żebym nie wracał do chorej zazdrości sprzed 3 lat. Szczerze mówiąc czułem, że jednak nie wszystko jest ok i nabrałem podejrzeń. Kilka dni rozmów nie przyniosły skutków aż pewnego dnia powiedziałem jej, że chyba to wszystko nie ma sensu bo wracając do domu wieczorem z moim kolegą, dowiedziałem się kilku rzeczy. Zaczęła się zastanawiać, nie wiedziała jak sie ma zachować aż w końcu przyznała, ze zauroczyła się w moim koledze. Zapytałem czy do czegoś doszło miedzy nimi, odpowiedziała ze było całowanie i ogólne dotykanie ciała (powiedziała że przecież ja byłem za ścianą a za drugą byli jej rodzice). Postanowiłem zawalczyć o nasz związek. Kolegę pożegnałem do dnia dzisiejszego (powiedział jej, że ja mogę dla niego nie istnieć). Minęły kolejne 2 lata a nasz związek stawał się mocniejszy, stabilniejszy i dojrzalszy. Otworzyliśmy firmę. Wspólnie pracowaliśmy i wspólnie spędzaliśmy czas (oboje tego chcieliśmy - nikt nikogo do niczego nie zmuszał). Nie mieszkaliśmy jeszcze razem. Po roku prowadzenia firmy gdy szedłem po nią rano aby pójść wspólnie do pracy, zauważyłem od pewnego czasu, ze była gotowa dużo wcześniej niż na godzinę umówioną. Zaciekawiło mnie to i zacząłem mieć oczy szeroko otwarte. Nie trwało to długo bo po około tygodniu zauważyłem kątem oka jak jeden z naszych klientów "wysyła" jej buziaka w powietrzu. Wiedziałem, że coś tu nie gra. Zaczęły się kolejne poważne rozmowy z których nic nie wynikało. Zapewniała, ze wszystko jest ok i ze bardzo mnie kocha i nigdy by mnie nie zraniła. Pewnego dnia przyjechałem na firmę i powiedziałem jej, że wszystko wiem i jak ona chce budować przyszłość? (oczywiście był to blef). Po 10 minutach męki w ciszy przyznała się, że umawiała się rano na sex z tym facetem. Podjeżdżał po nią samochodem i jechali do lasu. Zrobili tak 4 razy. Stwierdziłem wtedy, że to koniec. Od razu pojechałem do niej do domu i zabrałem kilka swoich rzeczy które tam miałem. Rozstaliśmy się. Oczywiście chodziłem jak struty, każdy kąt w firmie przypominał mi moja dziewczynę, krótko mówiąc: męczyłem się. Pisała smsy, że zrobiła by wszystko aby cofnąć czas, że zrobiła źle, ze żałuje itd. Wszystko co robiliśmy dotychczas - robiliśmy wspólnie. Brakowało mi tego jak cholera ale jakoś dawałem radę do czasu, dopóki nie poprosił mnie jej brat o spotkanie. Zgodziłem się. Tłumaczył mi, że Kasia bardzo to przeżywa, że nic nie je, nie sypia normalnie itp. że według niego naprawdę szczerze żałuje i żebym zastanowił się nad tym czy nie spróbować, czy nie dać jej ostatecznej szansy. Zarówno on jak i jej reszta rodziny twierdzili, że młoda, że głupia, że może ciekawość, że bez ślubu itp. Te myśli zaczęły mnie dręczyć. Po tygodniu poszedłem do niej zobaczyć jak się ona czuje. Zobaczyłem, ze jest inna osobą, zero uśmiechu, smutek, podkrążone oczy - serce mi pękało widząc, że jednak cierpi. Po kolejnych kilku dniach postanowiłem, że jednak spróbuję. Kochałem ją bardzo mocno, powiedziałem aby zacząć wszystko od nowa, z czystymi kartami. Była wniebowzięta. Przefarbowała włosy (nigdy wcześniej tego nie robiła) bo twierdziła, że sama się sobą brzydzi. Po jakimś miesiącu zamieszkałem u niej. Prowadziliśmy dalej wspólnie firmę a nasz związek stawał się coraz lepszy. Pół roku minęło a na dowód tego, że kocham Kasię i nie chcę się "odegrać" postanowiłem, że się oświadczę. Był to dla niej szok bo było to nie spodziewanie, mega romantycznie - płakała jak mała dziewczynka, nie potrafiła w to uwierzyć. Bardziej szczęśliwej jej nie widziałem. Po kolejnym roku pobraliśmy się (kościelny i cywilny). Nasz związek miał bardzo trudne chwile które przeżyliśmy. Robiliśmy nadal wszystko wspólnie. Niejednokrotnie mówiłem: "idź do koleżanki pogadać" ale ona wolała jechać ze mną chociażby na ryby. W taki sposób staliśmy się nierozłączni. Nikt nie trzymał nikogo na siłę. Nikt nikomu nic nie narzucał. Zwyczajnie tak oboje chcieliśmy. Po jakimś czasie zapragnęliśmy mieć dziecko. Udało się! Kasia zaszła szybko w ciążę. Cieszyliśmy się jak małe dzieci. Nasze szczęście jednak nie trwało zbyt długo. Po 3 miesiącach ciąży okazało się, że nasza dzidzia umarła. Był to dla nas obojga szok. Leżenie mojej żony Kasi na oddziale, tabletki poronne, jej zwijanie się z bólu na łóżku. Nigdy tego nie zapomnę. Cały czas byłem przy niej. Niestety nie mogła poronić i zabrano ją na salę na zabieg. Po powrocie do domu wspieraliśmy się nawzajem. Pocieszaliśmy. Były to bardzo trudne chwile. Kasia powtarzała, że najważniejsze, że mamy siebie. Mijały kolejne lata a nasz związek był udany. Jedna sprzeczka na 2-3 miesiące trwająca 10 minut i wszystko wracało do normy. My nawet nie chcieliśmy się ze sobą kłócić. Gdzieś jednak pojawiał się strach przed nieudaną ciążą. Zaczęliśmy pomału popadać w kłopoty finansowe. Firma coraz gorzej prosperowała. Nie kłóciliśmy się nigdy o pieniądze, mieszkaliśmy u jej rodziców. Na utrzymanie nas nam wystarczało pomimo tego Kasia niejednokrotnie powtarzała, że może żyć biednie aby wspólnie ze mną. Powtarzała, że nie wyobraża sobie życia beze mnie a sprawy materialne ją nie interesują bo nie są dla niej najważniejsze. Wiedziała doskonale też o tym, że oddam za nią życie, że ją bardzo kocham (raz miała dowód - myślałem że tylko ona przeżyje (nawet się pożegnaliśmy) bo o sobie nie myślałem wcale. Jedyna myśl: zrobić wszystko aby ona przeżyła. Los chciał, że udało nam się obojgu przeżyć). Zbliżała się 9 rocznica naszego ślubu. Wtedy to podjęliśmy decyzję o zamknięciu własnej działalności. Po 15 latach wspólnej pracy poszliśmy do prywaciarza. Początkowo było fajnie, super, w końcu normalne zarobki. Po 6 miesiącach postanowiono nas rozdzielić. Ja pracowałem w jednej filii a Kasia w drugiej. Zyskała w moich oczach 100% zaufania. Nie myślałem o przeszłości. Byłem Kasi pewien, że jestem dla niej jedyny.  Pojawiły się poważne rozmowy miedzy nami o dziecku, o planach i w końcu o wyprowadzce (którą chcieliśmy od dawna). W sumie to ja zaczynałem te rozmowy. Kasia powtarzała, ze nawet jak nie będziemy mieli dziecka to najważniejsze, że mamy siebie. Po tym jak nas rozdzielono dowiedzieliśmy się, że zostaniemy za 3 miesiące zwolnieni (4 innych pracowników też - zwyczajnie brak zapotrzebowania). Pisaliśmy do siebie codziennie smsy, że damy radę, że mamy siebie, że znajdziemy pracę. Mówiłem jej, że tylko praca + umowa i staramy się o dziecko. Codziennie przed pracą były buziaki i słowa typu "kocham Cię", "Ja Ciebie też". Było wszystko normalnie do czasu aż przy mnie zadzwonił kolega z pracy do Kasi. Zachowywała się dziwnie, jak nigdy dotąd. Bardzo się zestresowała i wyszła z pomieszczenia żeby odebrać. W tym momencie wróciły do mnie wspomnienia (chociaż wmawiałem sobie, ze pewnie przesadzam). Znowu pojawiły się rozmowy z Kasią. Pisanie w czasie pracy do niej smsów czy aby na pewno jest wszystko ok. Pisałem jej, że ją kocham a ona odpisywała, że mnie tez kocha i że wszystko jest dobrze. Nie wiem dlaczego, ale przestałem jej wierzyć. Rozmowy trwały około tygodnia, męczyłem ją pytaniami, czułem, ze coś tu mi nie gra. Pewnego wieczoru Kasia leżąc patrzyła się na mnie. Ja ciągle pytałem, czułem, że coś się dzieje. Wypowiedziałem miliony słów aby mi wyznała prawdę o co chodzi (spokojnie bez krzyków itd) i wtedy Kasia powiedziała: "Ja nie chcę Cię już więcej ranić". To było dla mnie jednoznaczne. Pociągnąłem temat i powiedziała, że od 2 tygodni "kręci" z kolegą z pracy, że zauroczyła się, ze całują się w każdej wolnej chwili w pracy. Poczułem bardzo mocne zimno spływające od głowy w dół. Nigdy nie miałem takiego uczucia. W tym momencie 18 lat naszego związku (w tym 10 po ślubie) prysnęło jak bańka mydlana. Nie wiedziałem co robić. Po jakiś 30min zadzwoniłem do przyjaciela (przy Kasi). Powiedziałem o tej sytuacji, nie mógł uwierzyć. Dla wszystkich którzy nas znali (nie znali naszych przejść) byliśmy idealna parą. Dla wszystkich. W tą noc do samego rana pakowałem się. Gdy przyjechałem po inne rzeczy przed południem Kasi już nie było. Wzięła kilka rzeczy i wyjechała do innego miasta do tego faceta. Dzisiaj mija 2 miesiąc od tej sytuacji. Pojawiła się 2 razy w domu. Raz po kilka rzeczy, drugi raz po dokumenty. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną. Dla brata powiedziała, żeby się nie wtrącał. Więcej się do niej nie odezwał i powiedział, że źle czuje się w jej towarzystwie. Z nikim nie utrzymuje kontaktu a jak rodzice do niej dzwonią to odpowiada sucho, stonowanie, stanowczo i czasem chamsko. Nie wiem, być moze dlatego, że wszyscy są po mojej stronie i nie rozumieją jej kroków. Starają się jej cokolwiek przetłumaczyć. Mam wsparcie teściów, mówią ze są za mną. Nie mogą pogodzić się z jej decyzjami. Nie utrzymuje kontaktów ze znajomymi, z rodziną, z nikim. Tak jakby cały dotychczasowy świat zamieniła na 1 obcą osobę. Pisałem do niej 3 smsy, 4 maile (ale ani razu nie wspomniałem o "powrocie" itd). Zadzwoniła do mnie raz i powiedziała, żebym ułożył sobie życie, żebym czymś się zajął i że nie chce się rozstawać w kłótni bo jednak przeżyliśmy razem 19 lat. Powiedziała, że będziemy mogli się spotykać i czasem pogadać jak będę tego potrzebował ale to za jakiś czas (nie teraz - teraz nie chce się spotkać bo twierdzi., że mam słabą psychikę). Pytałem w mailach i smsach niech mi tylko odpowie od kiedy tak naprawdę mnie nie kocha ... odpowiedzi nie otrzymałem żadnej. Czy ktoś z obecnych rozumie taką sytuację? O co w tym wszystkim chodzi? Bardzo to przeżyłem. Minęły 2 miesiące a ja nie potrafię zrozumieć, nie potrafię spać, nie potrafię na niczym się skupić. Schudłem 14 kg. Znajomi mnie zaczepiali bo myśleli że jestem poważnie chory. Wyglądałem jak kościotrup. Straciłem dach nad głową. Straciłem pracę po 2 tyg. Kasia ma 35lat i lubiła ostatnio wypić. Ja nie piłem wcale ale jej nie zabraniałem. Ostatnio piła często (min. 10 dni w miesiącu po 2-3 piwa wieczorem). Rozmawiałem z nią żeby nie przesadzała z piciem. Ja nie lubię - nie piję, nie czuję takiej potrzeby ale nigdy jej nie zabraniałem. Facet z którym teraz jest lubi wypić (nawet są podejrzenia znajomych czy nie jest już alkoholikiem). On mieszka z rodzicami - ma swój pokój. Słowa innych: nie jest urodziwy, ma trochę oszczędności bo za nic nigdy nie płacił (rodzice utrzymywali), zabawy i bardzo dużo alkoholu... Co o tym wszystkim myśleć? Jak takie coś można wytłumaczyć? Skąd taka nagła zmiana? PS W ten dzień w którym się przyznała normalnie rano pisała smsa że kocha, że już tęskni. Wieczorem zaś powiedziała mi, ze to przyzwyczajenie chyba, że się zauroczyła. Po kilku dniach powiedziała swojej mamie tylko tyle, ze jak zadzwoniłem przy niej do swojego przyjaciela i mu to powiedziałem to wtedy coś w niej pękło i niby już po tym nie widziała sensu ratowania naszego związku (tylko ja powiedziałem teściowej, że jakby chciała ratować to by zwolniła się z tej pracy i zerwała kontakty z obcym facetem a nie gadanie bo ja zadzwoniłem). Tak zadzwoniłem bo w jednej chwili straciłem dach nad głową (mieszkam obecnie u mojego przyjaciela). Ma ktoś na to wszytko jakieś rady? Może ktoś był w podobnej sytuacji? Czy ona może tego żałować? (znajomi stawiali, że wróci max za miesiąc - mija już drugi i wygląda na to ze jest jej tam "dobrze"). Po jakim czasie kobieta może żałować? Czy po 19 latach o wspólnych chwilach można tak po prostu zapomnieć? Kochaliśmy razem spędzać czas ale pomimo tego mieliśmy swoje własne zainteresowania. Szczerze mówiąc to ja mam kilka zainteresowań, Kasia mniej. Chodzi mi o to, że mieliśmy czas wspólny i czas dla siebie samego. Co dalej? Przepraszam, że tak dużo tego wyszło.
Rozszerzona zawartość newsa