Odebrane własne ego
Dodane przez WodaOgnista dnia Sierpień 31 2010 14:21:06
Witam. Przyznam, że ucieszyłam się kiedy znalazłam tą stronę. To pewnie chore cieszyć się z tego, że są ludzie w podobnych sytuacjach do mojej, ale człowiek we wszystkim szuka pocieszenia, ulgi, porady, jakiejkolwiek nadziei na kolejne dni. Nie przypuszczałam, że zdrada jest aż tak powszechnym problemem. Niestety i ja jej doświadczyłam. Nie będę pisać o bólu, o cierpieniu, o całkowicie zniszczonym poczuciu własnej wartości. Nie będę też pisać o samotności, o upadku wszelkich morali i o poczuciu wstydu, o poniżeniu i beznadziejności w jakiej aktualnie tkwię. Chciałabym tylko wiedzieć czy można wybaczyć? Czy jest to możliwe? Czy można zapomnieć? Czy można pozbyć się tej chorej obsesji jaka mną rządzi, tych wszystkich podejrzeń co do JEGO najmniejszych ruchów. Piszę w formie teraźniejszej, bo zdecydowałam dać MU, NAM szansę. Ciągle się zastanawiam, że może źle zrobiłam i czy jestem na tyle silna żeby przez to przejść? Może te moje wahanie co do naszego być albo nie być jest znakiem, że już go nie kocham? Że tak naprawdę to nie ma sensu. Że stało się zbyt wiele złego. A co się tak w ogóle stało... Od samego początku wiedziałam jakim ON był człowiekiem, wiedziałam, że nie miał łatwego życia, że sytuacje jakich doświadczył wywołały pewien ciąg wydarzeń. Zazwyczaj spokojny człowiek, niesamowicie inteligentny, osiągający sukcesy naukowe i zawodowe w pewnym momencie swojego życia zaczął szukać oderwania od krzywd jakie go spotkały w seksie z innymi. Zaczął interesować się seksem grupowym, swingiem. Poznał kobietę, z którą mógł spełniać swoje fantazje erotyczne ale poza tym nic ich nie łączyło. Z resztą spotykał wielu ludzi. Robił rzeczy które większość nazwała by złymi rzeczami. W końcu w ciągu losowych wydarzeń świat pozwolił nam się spotkać, zakochać... On opowiedział mi o tym wszystkim co robił. Powiedział też, że dzięki mnie wie, że to było chore. Mówił, że chce uciec od tego syfu, że kocha, że nigdy tak mu nie zależało - i tak było. Czułam to, wiedziałam. Minął rok, zaczęłam czuć, że coś przede mną ukrywa, że mnie okłamuje. Potrafił mówić mi, że nie ma ochoty na seks, tłumaczyć to nadmiarem nauki i pracy, ja to rozumiałam. Rozumiałam do momentu kiedy podczas którejś z tego typu wymówek poszłam spać i przebudziłam się w nocy widząc że światło u niego w pokoju się świeci. Wstałam i zajrzałam co robi. To co zobaczyłam zwaliło mnie z nóg. Oglądał pornografię dot. seksu grupowego, rozmawiał z obcymi kobietami na czacie i masturbował się. Nie zareagowałam gniewem, chciałam to wyjaśnić, zrozumieć, sama mam swoje zboczenia. Obiecał, że to się nie powtórzy. Niestety skłamał, po raz kolejny. Nie raz znajdowałam w historii strony jakichś portali randkowych lub zwykłych pokoi czatowych. Nie zawsze zdążył wszystko usunąć. Rozmawiałam z nim o tym, mówiłam jak mnie to boli, on tłumaczył, że to tylko głupie rozmowy, taki to cyber seks. Próbowałam wkręcić się w ten jego świat, sama zaczęłam wchodzić na czaterię szukając odpowiedzi co w tym fajnego i dlaczego to robi. Zaczęłam z nim rozmawiać o swingu, pytałam czy jeszcze o tym myśli, czy tęskni za tym. W końcu przyznał się że zdarza mu się o tym myśleć, ale ja jestem ważniejsza. Naprawdę próbowałam to zrozumieć, polubić, niestety nie udało mi się. Prosiłam żeby więcej z nikim nie rozmawiał przez internet, prosiłam żeby nie odpisywał na smsy swoich koleżanek z przeszłości z którymi chodził na takie imprezy. Mimo, że obiecywał, przysięgał, mimo że go kochałam, czułam że dalej coś jest nie tak, że coś ukrywa. Mimo, że mieszkaliśmy razem, widywaliśmy się góra 4 razy w tygodniu, bo miał taką pracę. Lekarz, 24-godzinne dyżury, czasami 3 razy w tygodniu. Któregoś dnia przyszedł jak zwykle po pracy do domu i w najmniej oczekiwanym momencie oświadczył mi się mówiąc, że "chce się ze mną zestarzeć" - wiem, że wtedy mówił prawdę. Zdziwiło mnie to, bo wydawało mi się, że stanie się coś strasznego, a tu taka cudowna niespodzianka. Niestety moje szczęście nie trwało długo. Kilka miesięcy później, kiedy on był w pracy, zaczęłam myśleć, że może spełniłabym jego fantazje i spróbowała znaleźć jakaś chętną do trójkąta kobietę, lub parę, pogadać, spróbować się do tego przekonać, wiedziałam jak mu na tym zależy. Weszłam na czat, zaczęłam przeglądać loginy i nagle moim oczom ukazał się login, którego ON zawsze używał. Zagadałam, udając samotną kobietę szukającą przygód. Chwycił przynętę. Pisaliśmy o seksie, proponował spotkanie. A kiedy myśląc, że rozmawia z napaloną dziewczyną, namawiał ją do spotkania, to do mnie pisał smsy, że "kocha i tęskni". Okropnie bolało, ale nie mogłam przestać, od jakiegoś czasu szukałam dowodu. Pobiegłam do sklepu po kartę startową do telefonu i do domu mojej koleżanki prosząc żeby porozmawiała z nim przez tel (była to jedna z nielicznych osób, której głosu on nie kojarzył) i umówiła ich na spotkanie. On chciał mieć pewność, że to nie blef więc rozmowa telefoniczna była koniecznością. Jak zaplanowałam tak się stało. Umówił się z nią (ze mną) w mieście obok, tego samego dnia kiedy to rzekomo był w pracy. Na miejsce spotkania przyjechałam ja. Przyszedł. Prawie zemdlał jak mnie zobaczył. Myślałam co by było gdyby to była inna kobieta, prawdziwa kobieta. Przespałby się z nią, a potem wrócił do domu na ciepły obiadek i opowiadał jak to było ciężko w pracy. Czułam wstręt i byłam przerażona. Każde z nas praktycznie bez słowa udało się w swoją stronę. Wiedział, że jak teraz będzie próbował coś wyjaśniać to wybuchnę atakiem furii. Wróciłam do domu, spakowałam wszystkie jego rzeczy i kazałam mu je zabrać. Odwlekał to, błagał o przebaczenie, mówił że kocha i że pragnie spędzić resztę życia tylko ze mną, że to jego chore zboczenie, że nie panował nad tym od jakiegoś czasu. Przez tydzień nękał mnie smsami, bał się przyjechać. Wiedział, że go wyrzucę. Chyba czekał aż pierwsza fala emocji opadnie. Odpisywałam mu, pisałam że nie wierzę w to co się stało, pytałam jakim jest potworem skoro mi to zrobił. Spytałam w końcu ile razy mnie zdradził. Przyznał się do dwóch spotkań. Posuwał obce kobiety w swing klubach. To był gwóźdź do trumny, myślałam, że ból rozerwie mi głowę i płuca. Po paru dniach otrzeźwiałam, zaczęłam myśleć. On ciągle błagał... W końcu przyjechał, wygłosił przemowę, jakim to jest dupkiem i że nie ma po co żyć beze mnie. Stwierdziłam, że dam mu szansę. Podjęłam ta decyzję w żalu i przerażeniu co zrobię bez niego. Teraz widzę, że nie jest łatwo. Nad moim życiem panuje obsesja. Minęło parę dni od jego powrotu do domu, a ja w każdym jego ruchu doszukuje się kłamstwa, nie mówię mu o tym, ale walczę sama ze swoimi zmorami. Ten strach mnie zżera od środka. Zastanawiam się, ciągle się zastanawiam jak możliwym jest żeby osoba która kocha potrafiła zrobić coś tak potwornego. Przecież jeżeli kocham to będę robić wszystko żeby nikt nie skrzywdził mojej miłości, tej ukochanej osoby, a nie samemu wyrządzać jej krzywdę. Nie wiem jak będę żyć. Nie wiem czy można odbudować zaufanie, nie wiem czy dobrze zrobiłam. Czuję ból... gniew... złość... żal... wstyd... czuję, że staję się nic nie warta.
Rozszerzona zawartość newsa