Walizki za drzwi
Dodane przez Deleted_User dnia Kwiecień 03 2013 21:17:16
Walizki za drzwi


'Często po jakimś czasie kobiety mówią: "Po co ja tak cierpiałam? Dlaczego tak rozpaczałam?". Tylko jak trudno to sobie wyobrazić, gdy przeżywa się zdradę, jakie to będzie miało znaczenie za pięć lat' - rozmowa z dr Alicją Długołęcką

Dlaczego zdrada jest taka upokarzająca?


To brzmi jak pytanie osobiste, bo to nie jest jedyny możliwy punkt wyjścia. Nasze odczucia w tej sytuacji wynikają z koncepcji samej siebie i związku. Nie dla każdej kobiety zdrada jest upokorzeniem.

To jak nazwać uczucia zazwyczaj jej towarzyszące?

Prawie zawsze pojawia się poczucie bycia oszukaną, które jest tym silniejsze, im więcej włożyłyśmy w związek. Bo przecież to olbrzymia inwestycja emocjonalna. Zdrada zakłóca porządek, jaki sobie stworzyłyśmy, wizję świata i relacji, więc nie powiedziałabym, że to jest upokarzające doświadczenie. Raczej - że budzi nieraz paraliżujący lęk, bo burzy nam tę skrupulatnie poukładaną konstrukcję. Zwłaszcza jeśli są dzieci. I wspólny dom. Im więcej spraw nas wiąże, tym bardziej wszystko się komplikuje.

Czyli jeśli czuję się upokorzona zdradą, to znaczy, że mam niską samoocenę, a gdybym miała wysoką, tobym pomyślała: 'A to wstrętny, głupi dziad, niech żałuje!'.

Lepsze to niż kierowanie złości na siebie, bo przybierze wtedy postać poczucia winy. Przy stabilnej samoocenie można również zareagować tak, że każdy odpowiada za siebie i że, chociaż to przyjemne nie jest, to taki jest wybór tej drugiej osoby. Że to jego problem albo jego ryzyko, jakie podjął. Widocznie nie poznałyśmy dokładnie jego świata wartości i nie dogadaliśmy się w tej kwestii. Poza tym drugi człowiek, nawet najbliższy, nie może być do końca przewidywalny. Nie ma jednej reakcji.

To pewnie wiąże się ze stażem związku?

Oczywiście. Ważne, kiedy następuje zdrada - czy to się dzieje jeszcze w fazie opartej głównie na namiętności, czy już wtedy, kiedy przede wszystkim liczą się przywiązanie i zaangażowanie. To, co poczujemy, jest ściśle związane z tym, czy w relacji pozostawiłyśmy jakąś przestrzeń dla samej siebie. Nie mam na myśli egotyzmu, nieliczenia się z partnerem, ale to, na ile oceniamy swoją wartość w odniesieniu do związku. Jeżeli swoją wartość kobieta będzie uzależniała od tego, czy jest z kimś, czy nie, to wtedy rzeczywiście może się poczuć bardzo upokorzona zdradą. Bo pojawi się lęk, że bez mężczyzny lub z mężczyzną, dla którego w danym momencie nie jest osobą najważniejszą, jest "nikim" lub "kobietą gorszej kategorii". Takie uogólnienie jest niebezpiecznym i niszczącym przekonaniem.

Tak jak poczucie winy...

Kobieta może się obwiniać za to, że nie potrafiła wypracować sobie takiego związku czy takiej rodziny, które by trzymały mężczyznę z jego własnej, nieprzymuszonej woli przy niej. Powodów zdrady może szukać w epizodach związanych z konfliktami, czasami w atrakcyjności lub wieku - że już nie jest tak młoda. To są naturalne myśli, które przewijają się kobiecie przez głowę, ale niedobrze, jeśli taka myśl stanie się lejtmotywem. Zdrada jest zawsze sytuacją dramatyczną i wiąże się z cierpieniem i bolesną autorefleksją. Co ja takiego zrobiłam? Czy czegoś mi brakuje?

Kobiety mówią, że cierpią, bo zawiedzione zostało ich zaufanie.

Gdy jesteśmy zakochane i nasz partner też jest zakochany, to mówimy sobie, że nie mamy wobec siebie oczekiwań, że się bezwarunkowo akceptujemy i że sobie ufamy. Ale bardzo różne rzeczy rozumiemy pod tymi słowami. Nigdy nie znamy tej drugiej osoby do końca i nie wiemy, jak się nasz związek będzie rozwijał. Wydaje nam się, że relacja jest jasna, ale pewnego dnia dzieje się coś takiego, że okazuje się, że wcale taka jasna nie była i nie dogadaliśmy się w różnych kwestiach.

Nie dogadaliśmy się, że się nie można zdradzać?

Pytanie: co to jest zdrada?

Seks z inną partnerką.

A wirtualny seks? A jeżeli mężczyzna spędza czas przy komputerze z inną kobietą zamiast z partnerką, zarywa noce i zielony jedzie do pracy, jest psychicznie nieobecny? Czy to jest zdrada, czy nie? Czy większą zdradą jest, gdy facet się upił na integracyjnej imprezie firmowej i przespał się z koleżanką, i teraz się chowają po kątach, bo się wstydzą sobie na oczy pokazać?

No tak, to jest dość względne.

A jeśli ma przyjaciółkę, której opowiada o swoich słabościach, bo przed żoną cały czas odgrywa dobrego ojca i męża, który sobie ze wszystkim dobrze radzi, a ta przyjaciółka zna tajniki jego duszy i zawsze go wysłucha?

To jest przyjaźń, nie zdrada.

Wiele kobiet odczuje to jako zdradę. To pani mówi, że to nie zdrada, inna kobieta uzna, że to zaniedbanie bliskości i w tym sensie mąż ją zdradza. Bo to jest przestrzeń, w której z tamtą kobietą jest bliżej niż z nią. Jest takie powiedzenie, że kobiety są najbardziej zazdrosne o czas i uwagę. Potwierdzają to badania - jesteśmy bardziej zazdrosne o bliskość emocjonalną niż kontakt fizyczny. W myśleniu o zdradach rodzaju czysto zmysłowej przyjemności kobiety też częściej koncentrują się na aspekcie uczuciowym - postrzegają seks w kategoriach oddania się i duchowej jedności. To sprawia ból. U mężczyzn jest odwrotnie. O wiele częściej są zazdrośni o fizyczny kontakt - nie mogą się pogodzić, że 'ich' kobieta była 'czyjaś'. Podkreślam: mówię nie o swoich poglądach, tylko wynikach interkulturowych badań. Najczęściej tłumaczy się to antropologicznie - zdradzie kobiecej przypisuje się inne znaczenie, bo kiedy kobieta zdradza fizycznie, to na świecie może pojawić się dziecko rywala. Dlatego w wielu kulturach kobieta, która dopuszcza się zdrady, może zostać zlinczowana - w innych dosłownie, a w naszej bardziej symbolicznie. Zdrada z pewnością nie dodaje splendoru kobiecie tak jak - po dziś dzień - dodaje mężczyźnie. Jeśli kobieta ma paru partnerów seksualnych, to nawet ci koledzy, którzy robią to samo, prawdopodobnie ją będą nieprzychylnie oceniać. Koleżanki również, bo uznają, że zagraża ich mężom.

Czyli powinniśmy na początku związku się jasno dogadać. Podpisać jakiś kontrakt?

Wiem, to jest nierealne. Nie będziemy przecież namawiać dwudziestolatków: zawierajcie kontrakty, w których są ustalone nie tylko zasady wspólnego bycia, ale też rozstania. Na tym etapie to nie do pomyślenia. Jest to możliwe dopiero wtedy, kiedy jakaś osoba przeszła ileś zdrad w swoim życiu, ma refleksje na ten temat, wie, jak reaguje w takiej sytuacji. Może sama kiedyś zdradzała i zna to z drugiej strony? To wymaga pewnej niewygodnej wiedzy, jak wszystko jest zmienne i jak trudno się co do niektórych rzeczy umówić. Dobrym przykładem są finanse. Przecież dwudziestolatka oszalała z miłości nie będzie rozmawiała o podziałach finansowych przy rozstaniu, bo w przyszłości może dojść do zdrady. Uważa się, że podpisanie intercyzy oznacza, że z naszym uczuciem jest coś nie tak i nie ma wzajemnego zaufania.

Bo to niby wynika z założenia, że nie będziemy ze sobą do grobowej deski.

Oczywiście. A ile osób (zwłaszcza kobiet, które zostają z dziećmi w bardzo trudnej materialnie sytuacji) mówi: 'Dlaczego byłam taka naiwna i tego nie zrobiłam?'. Taki kontrakt nie mieści się w naszej wyobraźni, dlatego że, po pierwsze, nie bierzemy zdrady pod uwagę, a po drugie, dopóki zdrada nam się nie przydarzy, to i tak nie wiemy, jak zareagujemy. Często ktoś deklaruje: 'Tak go kocham, że bym mu wybaczyła wszystko', a potem wcale nie wybacza i kończy związek. Albo odwrotnie. Mówimy: 'Będzie zdrada, to walizki za drzwi'. A okazuje się, że wcale nie.

Więc jakie to są najczęściej uczucia?

Ja się boję tego słowa 'najczęściej'. Zależy, jakich kobiet zdrada dotyczy - młodych czy dojrzałych, jaki mają światopogląd, osobowość, zdolność refleksji.

Zacznijmy od młodych.

Ich uczucie jest romantyczne, szukają wielkiej miłości i kategoria wierności jest dla nich bardzo ważna. Jeśli partner zdradzi, częściej niż kobiety dojrzałe kończą związek. Szybko chcą szukać dalej.

Sytuacja się zmienia, gdy kobieta jest w długim związku, zaangażowała wiele siły, energii, czasu, uczuć. Taka kobieta jest łagodniejsza w wydawaniu wyroków, tym bardziej że może mieć poczucie, iż sama też nie jest bez winy. Pojawia się refleksja: 'Co takiego się z nami stało? Kiedy straciliśmy ze sobą kontakt?'. Gdy pojawia się dziecko, sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. Wiele par próbuje rozmawiać i wypracować nowe zasady - jak dać sobie drugą szansę. Zacząć naprawiać coś, co szwankowało. Inna postawa to przyjęcie roli ofiary. Kobieta trwa przy partnerze, ale zamyka się w sobie. Karze go emocjonalnie, seksualnie zresztą też. Zawiodła się, ale ciągnie ten wózek, często do czasu, gdy dzieci wyjdą z domu. No i jest też grupa kobiet, które w złości robią różne rzeczy - zemsta, oczyszczenie, a potem czas pokaże...

Zdradzają?

Czasami tak. Jest to wtedy forma zemsty lub próba przekonania się, czy partnerowi jeszcze na nas zależy. Ale ta metoda nie za bardzo się sprawdza - z reguły intensyfikuje poczucie pustki i osamotnienia. Zdrada partnera wtedy jeszcze za bardzo boli i wchodzenie w inną relację nie przynosi ulgi. Rzadko się udaje wtedy nowy związek, bo nie zostajemy z mężczyznami, którym płaczemy w rękaw i z którymi zdradzamy w odwecie, bo odgrywają jedynie rolę instrumentalną, dowartościowującą.

A są jakieś reakcje pozytywne?

Wiele kobiet w tej fazie życia instynktownie stara się zadbać o siebie, nie tylko zewnętrznie - robi się na bóstwo i zaczyna uprawiać sporty, zaczyna też spotykać się z ludźmi i realizować spychane przez lata marzenia. I wcale nie szuka adoratora, tylko integruje się z innymi kobietami w podobnej sytuacji i bierze na przeczekanie. Odkrywa samą siebie, daje sobie troskę i zainteresowanie. To dobry mechanizm, bo kobieta w tym czasie regeneruje się psychicznie i ze spokojem (względnym oczywiście) patrzy, co z tego dalej wyniknie.

Kobiety nauczone są, że natura męska jest taka, że mężczyźni zdradzają. Czyli wchodząc w związek, powinnyśmy być na to nastawione?

Broń Boże! To strasznie seksistowski pogląd. Powiem za Leszkiem Kołakowskim: 'Jesteśmy sprawcami czynów, które spełniamy, a nie narzędziami różnych sił'. Myślenie i kategoria odpowiedzialności - za jakość relacji również - nie zależy od płci! Ale oczywiście możemy porozmawiać trochę o 'różnych siłach', czyli popędzie do zdrady w statystykach. W dzisiejszych czasach w środowiskach wielkomiejskich, wśród ludzi w miarę wykształconych i w miarę zamożnych kobiety zdradzają z taką samą częstotliwością jak mężczyźni - co szósta kobieta i co szósty mężczyzna zdradza. Tyle się przyznaje.

Te zdrady są nieco inne. Mężczyźni bardziej oddzielają seks od uczuć i częściej traktują zdradę jako zabawę zmysłową. Częściej angażują się w relację dlatego, że inna kobieta im się bardzo podoba i budzi ich sympatię, ale nie mają zamiaru likwidować stałego związku, w którym liczy się to, że kobieta jest matką ich dzieci (czasami, niestety, jest to podstawowa kategoria). Inna, ta druga kobieta, należy do obszaru zabawy. W niektórych męskich kręgach przecież nawet nie wypada nie mieć kochanki, bo się uchodzi za pantoflarza. Wielu zdradzających mężczyzn chce mieć wszystko naraz, tylko kłopot polega na tym, że ani kochanka, ani żona nie podzielają tej koncepcji, więc jest to praktyka tajemna.

A ja czytałam, że zdradza 80 proc. mężczyzn i 30 proc. kobiet.

Różne są statystyki dotyczące ogółu społeczeństwa, ale w wymienionej przeze mnie grupie - miejskiej i inteligenckiej - kobiety (nie bez znaczenia jest to, że dotyczy to grupy kobiet świadomie sterujących swoją płodnością, co umożliwia oddzielenie seksu od prokreacji) wcale nie zdradzają rzadziej, tylko nie chcą się do tego otwarcie przyznawać. Nie będą się przecież tym chwalić - takie mamy wzorce kulturowe. Kobiety zdradzają inaczej, podchodzą do tych relacji poważniej, częściej szukają bliskości psychicznej, więc mogą się związać z bliską osobą, przyjacielem domu, sympatią z dawnych lat, mają skłonność do tego, żeby mieć w zanadrzu jakiegoś adoratora. W wymiarze erotycznym jest to poszukiwanie czegoś więcej, niż ma się w małżeństwie, i nie tak powszechnie, jak to u mężczyzn bywa, chodzi o aspekt zabawowy. Z tego powodu w większym stopniu może wpływać na więź w stałym związku, ponieważ 'szczęściodajny' romans uwypukla deficyty w relacji z mężem.

No ale dziś nie mówmy o kobietach, które zdradzają, tylko o zdradzonych. Tamten temat zostawmy sobie na kiedy indziej.


Tak, wróćmy do 'męskiej natury'. Najbardziej obowiązującą w antropologii jest koncepcja monogamii seryjnej. Człowiek - i kobieta, i mężczyzna - nie jest z natury monogamiczny. W interesie biologicznym samca - przepraszam, że schodzę na zwierzęce kategorie - jest zapłodnienie jak największej liczby samic. Dlatego mężczyzna jest płodny przez całe życie.

Do mnie w ogóle nie przemawiają te argumenty biologiczne. Przecież samiec musi potem to potomstwo utrzymywać, to powinno go zniechęcać do rozmnażania.

Musi, ale nie tak długo. Pożądanie, takie niezadbane świadomie, wygasa po trzech, czterech latach, biorąc pod uwagę uwarunkowania hormonalne. Tłumaczy się to w ten sposób, że gdy dziecko ma cztery lata, to już chodzi, mówi. W kulturach pierwotnych w tym wieku mogło już samo zdobywać pożywienie i funkcjonować w grupach rówieśniczych. I, jak po dziś dzień, można było liczyć na pomoc starszych kobiet. Tak się zresztą biologicznie uzasadnia rolę babć, które dlatego mają menopauzę i stają się niepłodne, żeby mogły pomagać w wychowywaniu dzieci córek. W takiej perspektywie ojciec nie jest już szczególnie potrzebny. Dziś możemy zaobserwować podobne zjawisko w społeczeństwach zamożnych - 'samice' świetnie sobie dają radę same, a mężczyźni w tym czasie zmieniają partnerki i przechodzą przez takie dwie, trzy serie w cyklu swojego życia. Brzmi to nie za dobrze, ale fakty społeczne można tak interpretować.

Czyli lepiej udawać, że nie damy sobie bez nich rady?

Jest to jakiś pomysł. Ze smutkiem stwierdzam, że taktyka wchodzenia w rolę niezaradnej i zagubionej kobietki jest dosyć skuteczna.

Okropne.

W nas, kobietach, te biologiczne koncepcje budzą sprzeciw, a mężczyzn one częściej przekonują. Według nich są one logiczne. Ta koncepcja pokazuje prawdę nie emocjonalną, tylko bezwzględną - biologiczno-statystyczną. Oczywiście do takiej logiki też można się przyczepić. Przyjmując antropologiczno-biologiczne koncepcje jako determinujące w każdej hierarchicznej strukturze: np. w firmie samiec alfa (czyli szef) powinien pokrywać wszystkich swoich podwładnych (obojga płci!), żeby zachować swoją pozycję! W świecie małp seks spełnia nie tylko funkcję reprodukcyjną, ale też hierarchizującą. Albo inny przykład: w okresie owulacji powinien nas, kobiety, ogarniać reprodukcyjny szał. Przepraszam za ten logiczny cynizm, nie mogłam się powstrzymać. Jest też druga strona tej teorii. Współcześnie, żeby ukształtować dziecko w pełni, trzeba na to poświęcić 25 lat. Staliśmy się mózgowcami i współczesny czterolatek jest nadal w naszych oczach kompletnie bezradną istotą. Dlatego ojciec jest jednak potrzebny! Dodam do tego jeszcze jeden optymistyczny wątek związany z sytuacją ekonomiczną społeczeństwa i lepszą sytuacją kobiet. Dziś zdradzana kobieta może wybrać, czy lepiej wychowywać dziecko samotnie, czy będąc sfrustrowaną żoną, nie daj Boże jeszcze poniewieraną i katowaną, dalej trwać w związku. Kiedyś by trwała, bo nie miałaby wyjścia. Teraz może odejść.

Czy może pani coś doradzić zdradzanym kobietom?

Nie ma jednej rady. Jaki jest powód jego zdrady - może jest seksoholikiem i związek można uratować, podejmując leczenie? A może zdradza, bo kobieta jest pruderyjna i wtedy może pomóc seksuolog? A może matkuje mu w związku i 'kastruje go' psychicznie? Wtedy wspólna terapia i zmiana na układ bardziej partnerski sprawi, że nie będzie już potrzebował zdradzać. A może pojawiły się u niego jakieś osobiste, męskie kompleksy, które leczy poza związkiem? Zmienił priorytety życiowe i zapomniał, że w relacji jest jeszcze drugi człowiek? Czasami to jest zwykła wygoda i egoizm, brak odwagi, psychiczna niedojrzałość i już. Wtedy to jego problem, z którym sobie poradzi lub nie. Jego partnerka, nawet jeśli będzie miała dobrą wolę, nie będzie miała na to wpływu. Każda sytuacja jest inna, dlatego doradzanie jest takie trudne.

Jedno mogę poradzić wszystkim: jeśli zastałyśmy go łóżku z inną kobietą, to nie rzucajmy się na nią z pazurami. Odwołuję się do kobiecej solidarności. Dlaczego tak chętnie obwiniamy za zdradę drugą kobietę? Przecież odpowiedzialny jest przede wszystkim nasz partner. Nierzadko ta druga pani też jest w trudnej sytuacji, bo nie ma aż tak dużo kobiet, które z premedytacją sypiają z partnerami innych kobiet. Z reguły są uwikłane w jakieś osobiste problemy (są rozpaczliwie samotne, mają niską samoocenę) i najczęściej są przez naszego partnera też oszukiwane.

Czyli jak się zachować?

Najbardziej klasycznym rozwiązaniem jest takie, które nazwę zdroworozsądkowym, czyli walizki za drzwi. Kobiety sobie podają tę mądrość z pokolenia na pokolenie: 'Jeśli jeszcze cię nie zdradził, to powiedz mu, że tak zrobisz, jak zdradzi. A jak to zrobi, to zrób to'.

Słucham?

Wywal te walizki za drzwi. To przykre, że tak jest, ale jest skuteczne. Niewiele ma to wspólnego z partnerstwem. Najskuteczniej działa, jeśli zastraszymy zawczasu. To taki model trochę polsko-włoski wywodzący się z kultu żonomatki. Zakładamy, że w naturę mężczyzny wpisana jest skłonność do zdradzania, wobec tego faceta trzeba trzymać krótko. Czyli że co pewien czas robimy porządek w związku i ostrzegamy, straszymy, co by było, gdyby. Nie za często. I powiem dużymi literami: NIESTETY, to działa. W wielu związkach wierność opiera się na strachu przed tym, że jeśli zdradzę, to spotka mnie za to jakaś straszna kara. I to jest określane jako świadomy wybór i dojrzała decyzja. Ale chyba tak nie do końca jest, prawda? Bo to jest wybór negatywny - ze strachu przed karą. Wybór pozytywny polega na tym, że mężczyzna wybiera tę kobietę spośród tysięcy innych i już. 'Wybrałem właśnie ją, w imię miłości, i nie zdradzam jej'.

W praktyce często spotykam się z pierwszą argumentacją - wielu mężczyzn mówi, że nie zdradza, bo się swoich żon boi. Smutne. Ale oni czują się źle w takim układzie i przedstawiają się jako osoby zniewolone i zastraszone. Do niczego dobrego to nie prowadzi, bo dodatkowym skutkiem takiego układu jest to, że mężczyzna, który nie ma wolności, jak już zdradzi, to na całego, bo nie przeszedł treningu.

Jakiego treningu?

Takiego, że wchodzimy w relacje z płcią przeciwną, flirtujemy, dobrze się bawimy, ale nie zagraża to związkowi. Poprzez przebywanie w tego typu sytuacjach mężczyzna się uczy kontrolować swoje pożądanie. Najgorsza jest siła, której nie rozumiemy. Mąż, który ma dużo kontaktów z kobietami, może być dużo bardziej zdystansowany do tej sprawy niż taki, który takiej wolności nie ma, którego straszymy i kontrolujemy. Jeśli nagle zostanie 'spuszczony ze smyczy', to do końca nie wie, co czyni. Pożądanie robi z nim, co chce.


Czyli poprzeczka wyżej w myśleniu o zdradzie to więcej wolności.

Tak. Wtedy punktem wyjścia jest myśl, że mój partner jest wolnym człowiekiem i że niczego mu nie mogę narzucić. To on jest odpowiedzialny za to, co robi, a my też mamy wolność wyboru, czy przyjmujemy jego pomysł na życie, czy nie.

Czy wtedy inaczej będziemy reagować?

Jeśli się kochamy, to tak. Gdy dochodzi do pojedynczej zdrady, możemy to potraktować jako sygnał ostrzegawczy, rodzaj wezwania do mobilizacji. Oczywiście zawsze na początku jest cierpienie, a nie chłodne kalkulacje. Mężczyzna zazwyczaj okazuje wtedy poczucie winy, smutek, jest szczególnie miły i mówi, że nie rozumie, jak to się mogło stać. No i twierdzi, że uświadomiło mu to, jakie jesteśmy dla niego ważne. Może mówić prawdę. Jeśli padają takie zdania i czujemy, że mężczyźnie zależy, to jest to podstawą do tego, by zacząć ze sobą rozmawiać. A gdy to już się stanie, to często wychodzi, że rzeczywiście nie do końca nam obojgu podobała się ta wizja związku, że nasza relacja się nie rozwijała, że czuliśmy się oddzielni, samotni, niedoceniani. To często pracuje przecież w dwie strony - obie strony tak czują, tylko jedna zdradza jako pierwsza. Taka zdrada nie jest związana z jakimiś biologicznymi pobudkami, tylko raczej z takim egzystencjalnym brakiem poczucia bliskości z drugą osobą.

Jeśli będziemy chcieli to naprawić, to wspólne przeżycie zdrady może nam pomóc tę bliskość odzyskać, bo jesteśmy razem w smutku i zaczynamy wspólnie dostrzegać, jak zmienia się nasza miłość. To, że już nie będzie jak kiedyś, to oczywiste, ale może być pełniej, dojrzalej. Zdrada powoduje, że coś zyskujemy. Zobaczyliśmy, jak nam na sobie zależy, zaczęliśmy o tym rozmawiać. Czasami te rozmowy dotyczyć będą seksu, czasami tego, że jedna osoby czuła się bardziej samotna niż druga, bardziej zapracowana. Dobrze też jest takie rozmowy prowadzić w obecności terapeuty, osoby trzeciej. Może to być też seksuolog, bo problemem może być też to, że niby się już dogadaliśmy, ale jest opór, bo kobieta myśli: 'A jaka ona była? Czy on mnie dotyka w ten sam sposób, w jaki dotykał ją?'. Większości z nas trudno przeżyć, że partner był blisko fizycznie z inną kobietą.


I jak to przejść?

Trudne pytanie. Po pierwsze, decyzja podstawowa, że jednak to ten człowiek, z którym chcemy dzielić życie. To jest dlatego tak ważne, żeby skoncentrować się na naprawianiu relacji, a nie wylewaniu żalu i odtrącaniu. Po drugie, jak to zwykle w sytuacjach trudnych - czas. Po trzecie, powrót do tego, co nas scalało i pogłębiało więź psychiczną, oraz znajdowanie nowych wspólnych obszarów. Czułość, a nie seks. Z tym nie należy się spieszyć. Mówienie o swoich potrzebach, a nie zamykanie się w sobie. Zadbanie o swój rozwój niezależnie od partnera, żeby nie koncentrować się jedynie na zdradzie i wzmocnić swoje poczucie kobiecości.

Czasami, chociaż to bardzo niepedagogiczne, co powiem, ale na to wskazuje praktyka, odzyskanie właściwej perspektywy umożliwia seksualna relacja z innym mężczyzną. Nie namawiam oczywiście, bo do tego można dojść drogą refleksji, ale czasami to przerasta nasze możliwości i dlatego decydujemy się w takim momencie życia na seksualne eksperymenty. Ludzka rozpaczliwa reakcja i tyle. Bywa ważna, bo uświadamia, że budowanie bliskości nie opiera się na seksie.

Jak to?

Kiedy poznajemy kogoś, kogo jesteśmy gotowi pokochać, relacja rozwija się harmonijnie - przekraczanie granic intymności fizycznej jest całkowicie zgrane z przekraczaniem granic psychicznych i dlatego czujemy się wtedy tak szczęśliwi. Kiedy zaś dochodzi do zdrady, to dlatego tak boli, bo pamiętamy te cudowne doświadczenia ze swoim partnerem i przekładamy je na jego relację z inną kobietą. Zapominamy, że to nasze, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne przeżycia i takie porównywanie nie ma sensu. Chodzi mi o to, że seks to nie zawsze miłość - na poziomie świadomości to jest oczywiste, ale kiedy jesteśmy zdradzane, to właśnie przede wszystkim o utratę uczucia nam chodzi. Bo w związku, który chcemy ratować, o miłość chodzi, nie o seks. Jeśli będziemy budować uczucie i na nowo tworzyć intymność, to tak samo, delikatnie i harmonijnie, możemy odtwarzać, powtarzam, naszą jedyną i niepowtarzalną więź seksualną. Oczywiście najważniejsze w tym wszystkim jest podejście mężczyzny, który jeśli nie chce kobiety stracić, musi się otworzyć emocjonalnie na nią. To też jest trudne, bo wymaga odwagi, cierpliwości, empatii.

Czy zawsze powinnyśmy być takie światłe i przebaczać?

Oczywiście, że nie. Nie namawiam każdej zdradzanej kobiety do terapii związku i do wybaczania. O nie! Czasami po prostu nie warto. To zawsze wynika z poczucia z dwóch stron, że nam WSPÓLNIE na tej relacji zależy, że nadal postrzegamy tę drugą osobę jako wartościową, nie chcemy jej skreślać. Może chwilowo odrzucamy ją w przypływie złości, ale w głębi serca czujemy, że to ważny dla nas człowiek. Złą motywacją do podtrzymywania związku jest lęk - co ja zrobię, jak zostanę sama. Zamiast żyć w poczuciu bezsensu, trzeba nauczyć się żyć samemu - poczuć, jaka jestem bez tego związku i że w ogóle jestem. Zdrada nas obnaża - okazuje się, jakimi jesteśmy ludźmi. Często kobiety, już gdy zakończy się związek, mówią, że widocznie facet nie był tego wart, że jest mnóstwo cudownych rzeczy w życiu, że same dla siebie są wartością. I odkrywają to dzięki zdradzie!

Słyszałam o żonie, która gdy jej mąż przechodził kryzys wieku średniego i zaczął uganiać się za paniami, zakomunikowała mu, że nie będzie tego znosić, żeby się wyszalał, a jak będzie chciał, to może potem do niej wrócić. On się wyszalał i wrócił.

To jest zdroworozsądkowe podejście bez straszenia. Jeśli mężczyzna jest tego wart, przynajmniej w naszych oczach, to wcale nie jest to głupie rozwiązanie.

Ale okropnie ryzykowne. Równie dobrze ta historia mogłaby nie mieć happy endu i mógłby nie wrócić.

Ale przecież happy endem może się również okazać zakończenie tego związku! Co do kryzysu wieku średniego, to rzeczywiście jest to wiek, w którym pojawia się duże zagrożenie zdradą. I ze strony mężczyzn, i ze strony kobiet. W smudze cienia jesteśmy wyjątkowo podatni na głos namiętności. Zdrada ma wtedy smak młodości, nowych możliwości, złudy, że możemy zatrzymać czas. Spotykam kobiety, które to rozumieją i wtedy dają mężczyźnie wolność, bo mają świadomość, że życie mija, a on być może jeszcze czegoś nie przeżył. A mężczyzna z tego korzysta lub nie. Wielu dojrzałych mężczyzn tak mi mówi - że chociaż nie mają ochoty z tego korzystać, to bardzo doceniają 'darowaną' im wolność. W odwrotną stronę, gdy mężczyzna przestaje nas traktować jak własność, działa to tak samo.

Zero zobowiązań?

Druga osoba nie jest naszą własnością i nie możemy za nią odpowiadać. Nie musimy wszystkiego akceptować, ale nie 'wychowujemy się' wzajemnie. Ufamy, że wiemy, co robimy. To właśnie bardziej zobowiązuje nas do uczciwości niż pilnowanie, bo jest zobowiązaniem osobistym, wewnętrznym, a nie narzuconym z zewnątrz - bo tak wypada albo ktoś każe. Zakładamy wtedy, że bycie w związku opiera się na dobrej woli i na wyborze. Przy dojrzałej relacji możemy mówić o 'jasności relacji'. To wymaga odwagi - samoświadomości i uczciwości wobec siebie. To, co jest wspaniałe, jeśli uda się nam przyjąć taką postawę, to to, że uwalnia nas ona od cierpienia w sytuacji zdrady.

Nie mamy prawa nic wymagać?

To najwyższa szkoła jazdy - możemy wymagać tylko od siebie i jesteśmy odpowiedzialni tylko za siebie. W pewnym sensie nie jest ważne wtedy, czy ktoś nas zdradza, czy nie. Ważne jest to, czy ja jestem w porządku wobec siebie. To, czy prowadzę życie seksualne z jednym partnerem, czy z wieloma, i czy to jest mój świadomy wybór. I jeśli spotkałam człowieka, który kieruje się w życiu podobnymi zasadami do moich, to mamy szczęście, bo mamy szansę autentycznie się dogadać w tej sprawie.

To rzeczywiście brzmi filozoficznie i chyba jest trudne.

A jednak po pełnych bólu doświadczeniach zdrady wielu ludzi do tego jakoś dochodzi. Podkreślam, że to może dotyczyć zarówno związku otwartego na kontakty seksualne z innymi osobami, jak i związku, w którym się ludzie w ogóle nie zdradzają. Chodzi o to, że nie ma kłamstwa i relacja jest jasna. Takie związki istnieją i ludzie, którzy w nich żyją, często mówią, że pojawia się między nimi głęboka przyjaźń. Taka uczciwość między ludźmi oczywiście jest trudna i musi wynikać z dobrego wzajemnego poznania i z dystansu do siebie samych. I z pewnej filozofii życiowej. Można przypuszczać, że ta kobieta, o której pani mówiła, właśnie przyjęła taką postawę - trudnej prawdy. Po pierwsze, nie bała się powiedzieć tego, że kocha swojego mężczyznę, mimo że została zdradzona. Po drugie, nie bała się powiedzieć, że się nie godzi na to, żeby być którąś z kolei. Powiedziała jasno: 'Mogę być, ale tylko wtedy, kiedy jestem najważniejsza. A ty wybieraj. Jeśli ci się to podoba, to bądź ze mną, jeśli nie, to nie'.

Dojrzałość jest rzeczywiście trudna, ale pozwala zachować szacunek do siebie.

Praktyka pokazuje, że warto się zastanowić nad zapewnieniami, że 'na zawsze'. Takie myślenie nie jest typowe, bo żyjemy w kulturze, w której, zwłaszcza w sprawach związanych z seksem, musimy bez przerwy o czymś zapewniać, żeby sprawiać wrażenie przyzwoitych i odpowiedzialnych. Dlatego tak często się oszukujemy. Siebie samych również. Powiem teraz coś pozornie absurdalnego: jeśli się źle dzieje, jesteśmy w konflikcie ze sobą, to nawet w tym kłamstwie możemy być prawdziwi. Możemy powiedzieć: 'Okłamuję cię, bo się boję'. I to też jest jakaś prawda. Albo: 'Nie znam jeszcze siebie na tyle, żeby mówić na pewno'. Albo: 'Przechodzę przez taką fazę w życiu'. Tylko która osoba to wytrzyma? Znów wracamy do poznania siebie i niezmuszania drugiej osoby, żeby była z nami na siłę, ze strachu, pod jakimś warunkiem. I to, chociaż również boli, nie zabija nas, nie niszczy.

Tylko jak taki stan osiągnąć?

Takie podejście zazwyczaj charakteryzuje osoby doświadczone, które, niestety, były zdradzane. Jeśli człowiek ileś razy przez to przejdzie, nabiera dystansu i pewnej wiedzy na swój temat.

Często po tym, jak zostałyśmy zdradzone, odczuwamy, jak ważną rolę odgrywają w naszym życiu przyjaciele, pasja, ile satysfakcji daje nam relacja z dzieckiem. Cierpienie pobudza też do kreatywności. Poszukujemy tego, co jest wartościowe w naszym życiu. Bywa, że same zdradzamy i przekonujemy się, że nie ma to aż takiego znaczenia... Po jakimś czasie kobiety często mówią: 'Po co ja tak cierpiałam? Dlaczego tak rozpaczałam?'. Tylko jak trudno sobie wyobrazić, gdy przeżywa się zdradę, jakie to będzie miało znaczenie za pięć lat. I chociaż czasami to jeszcze w głowie się nie mieści, to będziemy wtedy gotowe na miłość - bywa, że do tej samej osoby albo zupełnie innej. Na miłość uważniejszą, dojrzalszą i opartą na zgodnych wyborach obydwu stron.

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl ˆ Agora SA


źródło:

Link