podła kochanka
Dodane przez weron dnia 31.03.2020 10:46
cześć wszystkim. szukam, o ile mogę to tak nazwać, porady. Byłam (lub jestem) kochanką. C. był moim klientem (jestem tłumaczem) a potem kimś w rodzaju przyjaciela. Nasza znajomość była burzliwa odkąd poczułam do niego coś i mu o tym powiedziałam, a potem, pod wpływem alkoholu, on też przyznał się, że mu się podobam, ale rano wyparł się wszystkiego. Po jego wyznaniu przez kilka miesięcy mieliśmy bardzo kiepski kontakt, ale (to są moje przypuszczenia, ale chyba dosyć trafne) kiedy w moje życie wkroczył inny facet (ja go traktowałam jak kumpla, ale on opowiadał kolegom inną wersję, o czym dowiedziałam się dużo później), C. nagle odnowił kontakt, pisał codziennie, ale oboje utrzymywaliśmy stosunki na poziomie przyjaźni. Wysyłał śmieszne obrazki, pisał z byle pretekstem, w weekendowe wieczory olewał kolegów i zarywał noce żeby pogadać o jakichś trudnych sprawach. Zaprosiłam go na swoje urodziny (a raczej on się zaprosił, bo ja nie miałam odwagi i bałam się odmowy, o czym mu powiedziałam) a on najpierw powiedział, że przyjedzie, mimo że się boi, a w dzień imprezy, 5 minut przed, napisał, że zapytał żonę i miał awanturę (żona wiedziała o naszej znajomości od kilku miesięcy i potem przyznał się, że zabroniła mu ze mną rozmawiać) i nie przyjdzie. Długo nie mogłam mu wybaczyć, ale wszelkie jego sprawy mu załatwiałam. Przez krecią robotę mojego kolegi kontakt słabł, a ja nawet nie wiedziałam o co chodzi, domyśliłam się później, że C. myśli, że jestem z kimś. Powiedziałam mu, że kolega nigdy mnie nie podrywał (wplotłam to w rozmowę) i facet, który usilnie mi wmawiał, że tylko sobie wyobraziłam, że on na mnie leci, nagle, dwa dni później, nagle przyjął zaproszenie na drinka i w progu mnie przytulił i pocałował. Tak, wiedziałam, że to niemądre, że ma żonę, ale po krótkim wahaniu, skończyło się jak się skończyło. Po seksie były dwa dni euforii, kontaktu jak nigdy dotąd, szczerych rozmów. Po dwóch dniach zaczął przeżywać, że jest egoistą i zaczął się bać, że mnie zranił i straci rodzinę. Miesiąc później powiedział, że nie możemy już tego robić, ale po 10 dniach przyszedł mnie pocieszyć i przytulić (sam wyszedł z inicjatywą, co nie znaczy, że powinnam była mu dać, ale miałam wtedy tyle stresów, że potrzebowałam towarzystwa). Dwa tygodnie później przyszedł znów, a potem jeszcze raz po tygodniu. Potem wysłał mi ckliwą opowieść o facecie, który zakochał się w innej i chciał zostawić żonę: https://m.facebook.com/602205513140644/posts/2877336185627554/?d=m Zabolało, nie dlatego, że facet z opowieści został z żoną, ale bałam się, że on mógł się we mnie zakochać, a to i tak nic nie zmieni. Ja sama nie wiem, co czuję do niego, przez te wszystkie zawirowania i jego wahania i brak stabilizacji, mózg chyba zabronił mi się zakochać. Zależy mi na nim, cenię go jako przyjaciela, chciałabym się nim opiekować, w łóżku czułam z nim taką bliskość jak z nikim i po raz pierwszy w życiu byłam przy kimś naga bez kompleksów (w czasie, kiedy on się przyznał, że na mnie leci, ważyłam ok 100kg, kiedy poszliśmy do łóżka, po odchudzaniu, ważyłam 70kg, można się domyślić, że nie wyglądałam najpiękniej) wracając do tematu, stwierdził, że to się już nie może powtórzyć, kontakt umarł, poza załatwianiem spraw, potem przyleciała jego żona (rzekomo na stałe), na święta wróciła do Polski, a on w święta napisał z życzeniami, potem w sylwestra. W połowie stycznia byłam z nim na komisji lekarskiej (jakimś cudem nie skojarzył, że współpracuję z tą firmą i poprosił kogoś innego o pomoc, ale zapłacił jej i odesłał ją do domu). Po komisji przeprosił za zachowanie i odnowił kontakt (suchary, pisanie z byle pretekstem). Tydzień później znów wylądowaliśmy w łóżku, a zanim przyjechał zapytał, co będzie jak znów się nie będzie odzywał (on twierdził za każdym razem, że to przeżywa, że musi przetrawić, ale podejrzewam, ze wygodniej było, bo co z oczu to z serca), dla żartu palnęłam, że do dnia kobiet wytrzymam. W dzień kobiet dostałam życzenia i nadal cisza. Uaktywnił się dopiero, gdy poprosiłam jego współlokatora o podwózkę ze szpitala po operacji. Odezwał się i zarzekał się, że pomoże mi po operacji. Pogadaliśmy od serca, odzywał się przez dwa dni, potem znów zamilkł. Napisałam w weekend 2 tygodnie temu, trafiłam bardzo kiepsko, bo miał nawał spraw (wszyscy stresują się obecną sytuacją) i na zaproszenie do mnie, powiedział, że to się nie może powtórzyć i że obiecał komuś, na kim mu zależy (raczej nie żonie). Przez wszystkie stresy dosyć mocno się zdenerwowałam i rozpisałam, a on rano napisał, że ma rodzinę, mogą się zarazić i co ja od niego chcę, czy uważam, że poświęci rodzinę dla mnie (nigdy nie stawiałam mu ultimatum), stwierdził, że jestem nieobliczalna i ma nadzieję, że już się nigdy nie spotkamy. Winę za nasz romans próbował przerzucać na mnie, stwierdził, że żyje w ciągłym strachu, że sprawa się wyda (wiem o nim naprawdę dużo, ale nigdy nie sądziłam, że doprowadziłby mnie do tego, że skorzystam z tej wiedzy) i ogólnie to ze mnie zrobił tą złą. I to wszystko ledwo tydzień po tym, jak trzy razy się zarzekał, że pomoże po operacji, więc to chyba nie ja jestem tą nieobliczalną, a przynajmniej nie tylko ja. Jakkolwiek to brzmi, czuję się zdradzona, bo mi pasowała przyjaźń, była frustrująca, bo nie mogłam zjeść ciastka, ale pasowała mi. To on się zebrał na odwagę i rzucił na mnie, wiedząc, że dla mnie to więcej niż seks, a teraz poczucie winy wmawia mi. Jest mi też przykro, że ważniejszy był seks niż moja praca dla niego i znajomość. Być może za dużo sobie wyobrażałam i przeceniałam tę znajomość, skoro w końcu wyszło na to, że zaliczył i zwiał, ale dla mnie to nie był typowy romans, bo znaliśmy się już dłuższy czas i nie rzuciliśmy się na siebie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dla mnie to kompletna nowość, bo nigdy nie byłam z żonatym. Nie, nie uważałam, że zostawi dla mnie żonę, nie miałabym szacunku do siebie i do niego, ale podniósł poprzeczkę i ciężko by już było wrócić do sucharów i załatwiania mu spraw. Nie jestem mściwą suką, ale boli mnie, że on miałby wyjść z tego bez szwanku, całkowicie bezkarny, podczas gdy mnie doprowadził do potężnego doła. Nie wiem, co mam robić, on uważa, że się odczepię, bo był niemiły i przyznał, że kogoś ma, ale nie chcę, żeby to ze mnie zrobił wariatkę i żył sobie normalnie, podczas gdy mi to odebrał. Ponoć nie powinnam mówić żonie, bo ją skrzywdzę (wg opowieści C. i jego kolegów, to małżeństwo na papierku dla dzieci a żona ciągnie głównie kasę), ale nie wiem, co miałabym zrobić, żeby poczuł konsekwencje. Podejrzewam, że za jakiś czas "zatęskni", no i będzie się bał, że będę chciała się mścić. Nie jestem wariatką, która ma zamiar opierać znajomość na strachu, zawsze zależało mi na tym, żeby być dla niego oparciem, mimo że nie zawsze miałam to samo wzamian. Tak, byłam tylko kochanką, pojemnikiem na spermę, robota wykonana i powinnam odejść, wielu z Was pewnie mi tak powie. Ale czuję się potraktowana nieludzko i nie chcę, żeby myślał, że może tak mnie, czy kogokolwiek traktować. Co wy byście zrobili? przepraszam, że tak długo, musiałam się wygadać.