Wyszukiwarka


Nawigacja
Strona Główna
Dodaj zdradę
Artykuły
Kontakt
CZAT (jest 0 zobacz kto)

Ekipa portalu
Test na wierność
Portal w pigułce


Wasze zdrady
Zdradzone przez męża
Zdradzeni przez żony
Zdradzone przez chłopaków
Zdradzeni przez dziewczyny
Zdradzeni w innych związkach
Zdradziłem - zdradziłam
mama/tata zdradza

Pomocne instytucje
Detektywi
Prawnicy
Psycholodzy
Poradnie rodzinne
Dodaj instytucję

Wzory dokumentów
Porady prawne

Zbanowani użytkownicy
Polityka cookies
Postrzeleni kulkami
Użytkowników Online
Gości Online: 47
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 13,269
Najnowszy Użytkownik: archie
Ostatnie Artykuły
Potęga przebaczenia
Jak rozwiązać proble...
Dziecko ofiara małże...
Życie po zdradzie
Ból emocjonalny R...
Reklamy...
Nie śpij, bo Cię okradną.../Morfeus
Zdradzony przez żonęDzień dobry niestety.

Wybrałem sobie taki nick, bo wychodzi na to, że przez sporą część życia śniłem. Brutalne przebudzenie i już jako dorodny okaz rogacizny znalazłem się tu... Moja historia nie różni się bardzo od wielu, które tutaj poznałem. 15 lat po ślubie, 22 lata w związku, dwójka dzieci w wieku szkolnym podstawowym. Około 4 miesiące temu dowiedziałem się o zdradzie żony. Klasyk objawów - stronienie ode mnie, telefon przyspawany do ręki, wszystko nagle zahasłowane, całe popołudnia nos w laptopie, nieco późniejsze niż zwykle powroty z pracy. Wtedy nie zwracałem na to uwagi, nie chcę się o tym rozpisywać, po prostu poczułem przez skórę, że mnie zdradza, a o tych symptomach poczytałem już po fakcie. Tknięty przeczuciem zastosowałem tani, łatwy fortel i przyznała się sama. Moja reakcja była nieco bardziej dramatyczna niż zwykle to bywa, bo mój stosunek do małżeństwa i żony jest szczególny, a i ja jestem z całą pewnością specyficznym człowiekiem, ale o tym później. Przez pierwszy miesiąc przedstawiała fałszywy, łagodniejszy obraz swoich "przygód". Sporo się napracowałem, aby uzyskać prawdziwą wersję wydarzeń. Oczywiście certyfikatu autentyczności nie posiadam, bo tę drugą wersję znam również od niej. Co mi opowiedziała? A więc - zaczepił ją przez messenger facet, któremu wpadła w oko. Nie znała go, nie wiedziała jak wygląda. Miała go w jakiejś grupie na facebooku. Podobała mu się, spróbował. Po około tygodniu pisania do siebie, zaczęli się spotykać. Po około dwóch kolejnych tygodniach znajomości, już jeździła z nim do lasu na seks. Przyznała się do trzech takich wycieczek, numerki bez prezerwatywy na tylnym siedzeniu jego auta. Latała potem do lekarza po tabletki wczesnoporonne. Ten ich romans był krótki - trwał około 2 miesiące, lecz był bardzo intensywny. Pisali do siebie cały czas "od obudzenia się do pójścia spać". Spotykała się z nim codziennie, wyłączając większość weekendów i prawie zawsze dwukrotnie w ciągu zwykłego dnia. Widywali się rano, zawoził ją do pracy, potem zwykle wychodziła z pracy wcześniej, przyjeżdżał po nią i spędzali wspólnie jakieś 2-3 godziny, po czym przywoził ją w okolice domu. Dzień po dniu. Chodzili na obiadki, spacerki, do kina i wspomniane wycieczki do lasu, głównie jednak, jak ona twierdzi, jeździli bez celu jego samochodem po wiochach za miastem. Kupowali sobie prezenty za kilkaset złotych, ona jemu także. Przyznała, że bardzo dużo się przytulali, dotykali i całowali, było to ich główne zajęcie. Rozmawiało się jej z nim, jakby znali się od wieków, rozumieli się, było wesoło i cudownie przyjemnie. Bardzo się sobie podobali - ona opisała go tak: wysoki, dobrze zbudowany, niebywale zadbany, ogólnie ciężko przystojny, męski, bardzo optymistyczny, wesoły, inteligentny, opiekuńczy, wad nie stwierdziła. Był dla niej bardzo ważny, myślała o nim całymi dniami. Czuła się przy nim piękna, interesująca, "unosiła się w powietrzu", szczęśliwa, odkryła, że może w jej życiu być coś więcej, niż małżeńska nuda. On obsypywał ją komplementami, wyznaniami, troskliwością. Twierdzi, że się w nim nie zakochała, a "tylko" zauroczyła. Dzięki tej znajomości zaczęła bardziej dbać o siebie, o wygląd i zdrowie, wizyty u ginekologa itd. Tak chyba pokrótce mogę przedstawić to, do czego się przyznała. Nie wiem jak to ocenicie, dla mnie jednak, biorąc pod uwagę jej zapewnienia, że to jej pierwsza zdrada, poszło jej po mistrzowsku, wybitnie, była szybka, łatwa i tania. Jeśli to jedyny raz, to wykazała jakiś wrodzony talent w oszukiwaniu, zdradzaniu i puszczaniu się. Arcyzdrada na wszystkich polach - wirtualnie, emocjonalnie i fizycznie w tempie turbo. Dla mnie tak to wygląda. Przyznała, że gdyby to trwało dłużej, na pewno dopuściłaby się o wiele gorszych czynów, a do zakochania się bardzo niewiele jej już brakowało. Marzyli też o wspólnym wyjeździe. Nie mam pewności, czy zakończyła ten romans, ale kazałem jej napisać do niego, że to koniec. Ta jej wiadomość była bardzo lakoniczna i można było w niej łatwo wyczuć jej żal, że już po wszystkim. I tak odebrał ją oczywiście kochanek. Próbował dalej, pisał. Więc ja napisałem w jej imieniu do niego w sposób, w jaki powinno to wyglądać, żeby nie miał wątpliwości. Z wielkim bólem wysłała to do niego, z tego co mogę wiedzieć - poskutkowało. Oczywiście potem weszły w życie zwykłe "środki zaradcze" - telefon dla mnie dostępny, podane wszystkie hasła, melduje się gdzie jest, kiedy wróci itd. Oczywiście namierzyłem także lowelasa, wiem gdzie pracuje, i że mieszka niedaleko nas. Odwiedziłem też jego żonę, bo myślę, że tak trzeba, bo sam chciałbym, żeby druga strona mnie poinformowała, gdyby to u niego się wydało. Dowiedziałem się, że jego małżeństwo jest w kiepskim stanie, żona od bardzo dawna podejrzewała go o różne zdrady, znajdowała dowody np. w formie rachunków za damskie prezenty, o których nie wiedziała. Miła, ładna kobieta, nie chciała oceniać mojej połowicy, a mnie nazwała aniołem stróżem swojej żony. Podobno w temacie tej zdrady szedł w zaparte do końca, wystawiła go za drzwi. Widuję go jednak w moich okolicach, więc nie wiem, czy nie przyjęła go z powrotem. Jeśli chodzi o moje małżeństwo, byliśmy przez wiele, wiele lat bardzo szczęśliwą parą. Idealnie dopasowani, niebywale zżyci, prawie się nie kłóciliśmy. Stanowiliśmy wyjątkowo udaną rodzinę z dwójką cudownych dzieci. Parę lat temu wpadliśmy w gigantyczne kłopoty. Trwają do dziś. Szliśmy przez to razem, ale coś zaczęło się przez to psuć. Popadliśmy w marazm, odrętwienie, depresję. Nie mieliśmy sił już na nic (lecz jak się okazało mnóstwo chęci i siły na bzykanie z przypadkowym facetem moja żona znalazła natychmiast). Oddaliliśmy się od siebie. I ja i ona zaniedbaliśmy nasz związek, oboje czuliśmy, że nasza więź osłabła, tak jak zawsze - czuliśmy się podobnie: coraz bardziej osobno. Sfera seksu także ucierpiała. Żona tłumaczyła swoje zdradzanie typowo - czuła się samotna, stara, nieatrakcyjna, potrzebowała czułości, zainteresowania. Pojawił się przystojny, ciekawy i "bardzo fajny facet", nie potrafiła mu się oprzeć, uległa. Mówiła potem, że zupełnie nie wie jak to się wszystko stało - znacie to? Miała jakieś zaćmienie, nie myślała o konsekwencjach, o mnie, rodzinie, dzieciach, myślała wyłącznie o sobie. Jak to przeżyłem? Bardzo ciężko, nie będę wchodził w szczegóły, bo nawet anonimowo mi wstyd. Od łez po agresję. Samo dno rozpaczy i akty desperacji. Pierwszy miesiąc byłem kompletnie niepoczytalny, wszystko pamiętam jak przez sen. Ośmielę się stwierdzić, że przechodzę to ciężej, niż większość przypadków. Potwierdził to też terapeuta - tak, raz poszedłem za namową żony. Ona była 2-3 razy, w planach mamy wspólną wizytę za kilkanaście dni. Moje małżeństwo i moja żona była dla mnie wszystkim, całym moim życiem. Dosłownie. A ja sam jestem niezłym oryginałem. Cały zbudowany ze sprzeczności. Dla kobiet jest to intrygujące, dla facetów denerwujące, dla mnie samego jest przekleństwem. Jestem twardy i wrażliwy, ponury i dowcipny, otwarty i wrogi. Wierzcie mi, ciężko żyje się z takim rozwarstwieniem w głowie i sercu. Do tego coś w typie artystycznej duszy pod względem kreatywności. Przez całe życie już od dziecka, miałem przegwizdane jak rzadko kto. Los nie oszczędzał mi nieszczęść. Aż spotkałem ją - zdawało mi się, że to cud. Mogła mieć każdego, pokochała mnie. Jestem dość samokrytyczny i wiem, że popełniłem masę błędów. Nie byłem idealnym partnerem, wyjaśniliśmy sobie szczerze deficyty w naszym dotychczasowym małżeństwie. Jedno mogę powiedzieć o sobie na pewno. Jestem porządnym facetem. Nigdy nie zdradziłem, jestem oddany i lojalny do bólu. Mam zasady, a że do brzydali się nie zaliczam, miewałem okazje, by przetestować swoją uczciwość. Życie pokazało, że nie znałem swojej żony, trwałem w iluzji, marzeniu, w krainie Morfeusza. Usłyszałem od żony zapewnienia, które słyszał niejeden/niejedna z Was - kocha mnie, nigdy więcej nie zdradzi, za nic nie chce mnie stracić itd. Ból, który żywym ogniem wypala mnie od wewnątrz, trawi mnie wciąż z niesłabnącą zawziętością. Nie jestem już tym samym człowiekiem, jakaś część mnie bezpowrotnie umarła. Nie miałem myśli samobójczych - przecież mam dzieci, to, co czuję, to raczej zwykłe pragnienie śmierci. Przenigdy nie zgadłbym, jak koszmarne uczucia wywołuje zdrada. Części z nich nie potrafię nawet nazwać. Hitlerowi nie życzę. Napisałem to, bo nie mam nikogo, komu mógłbym o tym powiedzieć. Spośród hord demonów, które od miesięcy w każdej sekundzie rozrywają mnie na strzępy, najpotężniejsze są trzy bestie: czy poznałem całą prawdę, czy zakończyła tę znajomość, czy nie zdradzi mnie ponownie. Niezbyt więc oryginalnie w takich okolicznościach. Znalazłem się w sytuacji, z której są dwa wyjścia - oba nie do przyjęcia, ponieważ bardzo ją kocham, nie chcę stracić rodziny. Nie potrafię żyć z nią i tym, czego się dopuściła, ani bez niej, po rozwodzie. Przez te 4 miesiące niewiele się zmieniło. Jak długo to jeszcze potrwa? Co mam zrobić? Jestem bliski obłędu. Będę wdzięczny za jakiś odzew.
Komentarze
Strona 2 z 8 < 1 2 3 4 5 > >>
dirty dnia sierpień 10 2019 14:00:44
Gdzie się tak spieszysz ?
Zaufanie to proces ... nie da się go przywrócić z dnia na dzień.
Puścić wolno to nie hasło pod tytułem pozwól jej zdradzać siebie ale raczej postawa nie rob z niej niewolnika, bo zniewolenie unieszczęśliwi Ciebie i ja.
Piszesz o miłości - ze została tylko ona... ale czy miłość zniewala?
Czy forma uzależnienia w jakiej tkwisz i lekowego egoizmu to miłość czy chorobliwe wypeplanianie Twojego planu?
Zdaje sobie sprawę, ze boli to wszystko ale droga która obierasz pochłania do reszty ... pielęgnuje ból i chora zniewalająca miłość, a właściwie jej zaprzeczenie. Tylko w wolności można kochać i trwać ...
Czy dziś czas na spacery nad rzeka, kina, restauracje - miejsca rzeczy które robiła z nim? To są demony, demony które pielęgnujemy ... ale z nim również uprawiała seks, a go uprawiasz z nią... czy czas na to już ? Nie warto się katować ale nie warto katować się podkręcając, ze nigdy - to trauma z która być może jeśli jesteście Wy kiedyś wspólnie może pod okiem psychologa trzeba przejść ...
ale życzeniowo idealistyczna postawa, ze miłość Was uratuje jest lekko z cyklu wzniosłych romantycznych filmów, a nie realnej psychologi człowieka ...
Kontrola ?... czego ? Co Ty kontrolujesz ...
lepsze rozwiązanie - zajmij się sobą swoimi emocjami, zranieniem, przeżyj je doświadcz, zrozum siebie - kontrola to tylko działanie które odsuwa Cię od przeżycia, od odczuwania tych najbardziej ukrytych leków... od zrozumienia ... to tylko bańka ...
Wszystko w co wchodzisz jest zrozumiałe ale kompletna ślepa droga prowadzi do zniszczenia głównie Ciebie - bo Was w takim układzie nie ma ... ale czy będziesz Ty ... nawet z kimś innym ???
Proces nie jest pstryknięciem palców on trwa z całymi pokusami, z wyzwaniami drogi na skróty.

Luki81 dnia sierpień 11 2019 08:59:16
Piszesz że przepadła przyjaźń, zaufanie itp a została miłość. Nie wiem czym dla ciebie jest miłość ale to właśnie to są składowe miłości. Między wami jest teraz fizyczność. Nie idziesz z nią do łóżka z miłości tylko żeby rozładować napięcie seksualne. Widzę że za wszelką cenę będziesz dążył do tego żeby uratować związek, ale to w tej chwili nie jest najważniejsze. Tzn to powinno być najważniejsze ale dla niej, i to ona powinna wykazać inicjatywe w tym temacie. Ty w tej chwili powinieneś się wycofać a nie nadskakiwac jej żeby pokazać na siłę że to ty jednak jesteś lepszy od kochanka.

Deleted_User dnia sierpień 11 2019 16:23:06
Mocno czytelny jest Twój idealizm jej - nawet gdy ja oskarżasz ciagle trzymasz ja na piedestale jednocześnie próbując ja zrzucić i ponownie tam wsadzasz.


Zgadzam się z Tobą, mam tego pełną świadomość. Z pozycji, w której znalazłem się teraz, czasy sprzed zdrady - kilka lat wcześniej, wydają mi się jakąś małżeńską arkadią, a ją widzę jak, idzie w slow motion brzegiem morza, na tle zachodu Słońca w filmowym kadrze smiley Czuję, że wszystko, co było, w porównaniu z teraz, było o niebo lepsze. Pewnie też sam chciałbym tak to widzieć, ale wiem, jak nieprawdziwy jest to obraz. A zwariowany młynek postrzegania jej, na szczęście zwalnia tempo. Raz ją kocham, raz nienawidzę, czasem zlewa się wszystko, aż sam nie wiem, co czuję. Dobrze, że częstotliwość tych skrajności jest coraz mniejsza, bo można od tego zgłupieć.

Kures.... jeśli w nim jesteś tkwisz wtedy masz poczucie zdradzania - zmuszając ja do powrotu wybierając za nią co robisz?


Wyglądało to, jakbym ją budził z amoku. Zresztą ona sama przyznaje, że tak było. Po odkryciu zdrady, zajęło mi około dwóch tygodni sprowadzenie jej na ziemię. W tym czasie była jakby nieobecna. Nie zdawała sobie sprawy co zrobiła, nie dopuszczała do siebie świadomości co to oznacza, nie chciała wziąć za to odpowiedzialności. Widziałem to, nie poznawałem jej. Trząsłem nią tak bardzo, chwytając się różnych sposobów, że wreszcie spojrzała na mnie trzeźwym wzrokiem. Jej postawa zmieniła się wyraźnie. Z hardego, stawiającego mi się pewniaka, zmieniła się w skruszoną żonę. Dotarło. Czy ja dokonałem wyboru za nią? Myślę, że nie, po prostu ją przebudziłem. Poza tym, ona nie zalicza się do kobiet, którymi można łatwo komenderować. Jest zdecydowana i ma charakterek. Często myślę o tym, co się z nią wtedy działo. Jakieś ocipienie mózgownicy.


jeśli wróci do Ciebie sama nie zmuszona ... może stanąć na rzęsach i nic się nie stanie dopóty Ty nie przepracujesz tych spraw... warunkiem jest tylko czy ona wróci czy zostanie do tego przywołana, zagalopowana ...


Do niczego nie chcę jej zmuszać. Związek z kimś, kto jest przymuszony do trwania przy moim boku, jest dla mnie nie do przyjęcia. Zresztą, jak pisałem wcześniej, ona nie zalicza się do osób, które można ot tak zniewolić. Czy jej deklaracja, że chce do mnie wrócić, naprawić co się da, stworzyć nowy związek, że zrezygnowała z kochanka - jest prawdziwa? Dopiero się okaże, czy już, po 4 miesiącach powinno się to okazać? Wzięła mnie na przeczekanie? Usłyszałem od kogoś na tym portalu, że ona musi być naprawdę jakimś wyjątkiem, bo tak łatwo i w taki sposób nie rezygnuje się z kochanka. Może jej nie doceniam, może jest z nim cały czas w kontakcie? Zakładam każdą możliwość, nauczyłem się, że może wydarzyć się absolutnie wszystko. Jeśli jednak się opamiętała, to dopiero połowa sukcesu, bo jeszcze ja muszę zrobić porządek ze sobą. Przepracowanie tych spraw jak piszesz, to dopiero wyzwanie. Na razie zupełnie mi to nie idzie.

Odpłynęła dużo wcześniej, aby w ogóle móc zdradzić, a Ty dopiero teraz czujesz się samotny. Co decydowało o tym, że wcześniej samotnym się nie czułeś?


To chyba też nie do końca tak. Być może w swojej historii nie opisałem swojego małżeństwa jak należy. Wyszedł mi bardzo długi tekst, więc część pousuwałem. Może niekoniecznie te fragmenty, które powinienem? Sprostuję więc nieco. Gdy napisałem, że nie byłem idealnym partnerem, mocno spłyciłem temat, choć zaznaczyłem też, że jestem dość samokrytyczny. To nie tak, że chciałem Wam nie do końca uczciwie przedstawić swoje błędy w małżeństwie, czy się wybielić. Skupiłem się na tym, co zrobiła i pominąłem to i owo o sobie. A więc zacznę od tego, że jeśli chodzi o okazywanie uczuć, to jak mówi moja żona "jestem soplem lodu". To fakt. Być może dlatego tak jest, że życie miałem ciężkie? Nie wiem. Zawsze byłem przekonany, że prawdziwy mężczyzna nie uzewnętrznia emocji. Powiecie - co za bzdura! Teraz też się z tym zgodzę, bo proszę, do czego to mnie zaprowadziło. Nie okazywałem więc jej moich uczuć, ona tego bardzo zawsze potrzebowała i zabiegała o to, jednak wiedziała, że jestem taki, "widziały gały co brały" i w końcu pogodziła się z tym. O tym, że mi się podoba, że ładnie wygląda, że ją kocham, słyszała od święta. Z czułościami, przytulaniem itd też się nie narzucałem, prawda... Ale znowu tak bardzo źle nie było, nie chcę przesadzić w drugą stronę. To, że coś się między nami popsuło i oddaliliśmy się od siebie, ja czułem od paru lat. Ona jak mówi, czuła to już wiele lat wcześniej. O wiele dłużej ode mnie zmagała się z uczuciem, że znika ta magia, która nas połączyła. Gdy wpadliśmy w tarapaty, proces osamotnienia w związku przyspieszył i bardzo uskutecznił u obojga z nas depresyjne stany. Wtedy też - widzę to teraz, obgadaliśmy to - zachowałem się jak fjut, jakoś negowałem nasze kłopoty, wypierałem je. W efekcie to ona, a nie ja - głowa rodziny - głównie zajmowała się różnymi formalnościami, całym trudem wychodzenia z tego. Nie wspierałem jej, poddałem się apatii, to ona znajdowała jeszcze siły, by działać. Mówiła mi, że to utwierdziło ją w przekonaniu, że przestała dla mnie być ważna, bo zostawiłem to na jej głowie. Gdy rozmawiamy o jej zdradzie, ja zawsze wyrzucam jej, że nie jest możliwe, żeby kogoś jednocześnie kochać i tak skrzywdzić, zdradzić. Ona twierdzi, że to jest możliwe, a ja biorąc to na męski rozum, zupełnie nie mogę tego pogodzić. Wówczas ona odparowuje, że w takim razie jak mogłem ją kochać i równocześnie zrzucić na nią ciężar naszych problemów. No i tu mnie ma, bo... nie wiem. Więc oboje oskarżamy się o brak miłości: ja ją - bo zdradziła, ona mnie - bo nie wspierałem jej. Jednak do momentu wydania się jej zdrady, ja sądziłem, że ona mnie wciąż kocha. No nie ma fajerwerków, bo mamy trudną sytuację. Ona natomiast mówi, że od dawna nie wierzyła w moją miłość, lecz sama jeszcze ją czuła do mnie - choć też bez fajerwerków, bo ja również nie widziałem, żeby to okazywała, może po prostu czułem to, albo zwyczajnie ślepo wierzyłem. I jak ona twierdzi, właśnie to wieloletnie zaniedbywanie jej uczuć, to, że czuła się tak długo nie kochana i zawsze na ostatnim miejscu, doprowadziło ją do desperackiej próby odnalezienia szczęścia u innego faceta. Akurat się nawinął, przystojny, interesujący, we właściwym czasie i miejscu. Podkreśla przy tym, że absolutnie się nie usprawiedliwia, wie, że zrobiła coś bardzo złego i jest to wyłącznie jej wina. Twierdzi, że mnie cały czas kocha i kochała, i to, że poszła z innym, nie było spowodowane brakiem miłości z jej strony, tylko przekonaniem, że ja już do niej nic takiego nie żywię. No to chyba doprecyzowałem, czuję się uczciwiej, bo ktoś mógłby mnie ocenić lepiej, niż na to zasługuję. Dziwnie to zabrzmiało. Pragnę podkreślić, że nie jestem typem pantofla, potrafię zauważyć swoje wady, jednak nawet w minimalnym stopniu nie biorę na siebie winy za jej wybory. Czy wcześniej nie czułem się samotny? Ależ czułem, jednak był to inny rodzaj tego uczucia. Wtedy nazwałbym to, że czułem się opuszczony. Tak naprawdę samotny czuję się teraz.

Czym jest miłość dla Ciebie? Jak ją definiujesz? Twoja definicja zgadza się w tym co otrzymujesz i otrzymywałeś od partnerki?


Trudne pytanie. Miłość pomiędzy dwojgiem ludzi oznacza, że należą do siebie. Zawiera w sobie i to zaufanie, przyjaźń czy szacunek, które są najważniejsze, a tutaj zniknęły, ale oprócz tego wiele jeszcze więcej, to coś tak trudnego do określenia, co siedzi głęboko w sercu. Mogę powiedzieć na pewno, że miłość wyklucza zdradę. Ja tak to widzę. Pisałem wcześniej, że nigdy nie zdradziłem. Właśnie dlatego, że kocham, i choć pokus wszędzie pełno - nie ulegałem, nie zabiegałem. Czy jednak kiedykolwiek dopuściłbym się zdrady? Tego chyba nikt nie może być na 100% pewny. U mnie nie miałoby prawa się to wydarzyć w sposób, w jaki miało to miejsce u mojej koleżanki małżonki. Jeśli już, to byłaby na to bardzo mała szansa, może na jakiejś mocno zakrapianej imprezie, w alkoholowym zamroczeniu, przy wybitnie sprzyjających warunkach, jednorazowy seks. Nie mam się za świętego, dopuszczam możliwość, że i ja mógłbym zrobić coś tak złego. Kto wie, może podniecenie odblokowałoby wszystkie hamulce? Jednak jeśli kocham, nie ma prawa zaistnieć u mnie romans - długotrwałe, planowane zdrady, wplecione w gąszcz kłamstw, zatajeń, dzień po dniu, tygodniami, miesiącami. Miłość wyklucza taki obrót spraw, dlatego nie mogę zgodzić się z żoną, że mnie kocha i równocześnie przeprowadza na zimno tak długofalową, skomplikowaną intrygę, stając z obcym facetem przeciwko mnie, dzieciom, rodzinie. I to z jakiego powodu? Bo jej było niefajnie, a chciała mieć przyjemnie? Zapytałem terapeutę, czy to możliwe - kochać i zdradzać, i wiecie, co powiedział? Że tak, to możliwe, jednak nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. I tak mu nie uwierzyłem. Myślę, że prędzej może być tak, że moja żona, mówiąc o miłości, myli pojęcia. A dlaczego ja nie przestałem wierzyć, że ona mnie wciąż kocha? Pomimo tego oddalenia się, które uznawałem za tymczasowe, i tego, że ona również - jak i ja - przestała mówić mi, że mnie kocha, przytulać się, okazywać zainteresowanie itd, to jednak dbała o mnie wciąż z taką samą pieczołowitością. Pewnie dlatego ufałem w jej miłość.

Dokładnie tak. Masz puścić ją wolno, bo i tak trzymasz tylko iluzje i złudzenia.


Przemyślę to oczywiście, ale napiszę, jak wygląda to dla mnie w obecnej chwili. Uważam, że jeśli ona będzie chciała mnie zdradzać, to zrobi to, bez względu na wszystko. Jeśli mnie nie kocha i chce być z innym, zdradzić mnie z nim, to nic jej nie powstrzyma. Owszem, może przeczekiwać, może powziąć dodatkowe środki maskujące jej zachowania, ale w końcu zrobi to. Nie powstrzyma jej obawa, że być może w jakiś sposób to wykryję, bo zapowiedziałem, że ją sprawdzam. Myślę, że nie jestem w stanie niczego na niej wymusić. Kontroluję co robi, bo jak wielokrotnie o tym pisałem - chcę wiedzieć, czy kłamie, czy mnie oszukuje. Czym wcześniej się dowiem, że znów się puszcza, tym łatwiej przez to przejdę. Mam też świadomość tego, o czym do mnie piszecie - powinienem zająć się czym innym - sobą samym, bo to najważniejsze. Ale też najtrudniejsze, nie potrafię zebrać w sobie tyle siły, żeby udźwignąć ten ciężar i ruszyć do przodu. Drepczę w miejscu, więc pielęgnuję swój ból? Chyba nie, po prostu nie potrafię stawić mu czoła. Nie mam sił ani pomysłu jak go uśmierzyć, co zrobić, żeby przestać go czuć. Nienawidzę tego bólu, jak jeszcze niczego w życiu.

Wgląd jest częściowy, a częściowy może dać fałszywy obraz, tego co dzieje się w drugim człowieku.


Zgadza się. Natomiast brak jakiegokolwiek wglądu z całą pewnością da fałszywy obraz, albo nie da go wcale i wtedy będę poruszał się już całkowicie po omacku.

z jakiego powodu katujesz się prowokowaniem by te obrazy wracały i byle ściśle związane z nią? co Ci to daje?


Niczego nie prowokuję. Obrazy, które wyświetlają mi się na powiekach, przychodzą same, prawie bez przerwy, w najróżniejszych sytuacjach. Nie tylko podczas jej dotyku czy seksu. Są ze mną w samochodzie, w kuchni, podczas wieszania prania i obowiązków w pracy. Nie zapraszam tych myśli i wizji, nienawidzę ich, próbuję je przegonić. Nie mam nad nimi kontroli, marzę, żeby móc się od tego na chwilę uwolnić, odpocząć, mieć jakiś miły moment w ciągu dnia dla siebie. Ale nie. Nawet gdy na chwilę trochę przyblakną, to coś zawsze spowoduje, że znów nabierają kolorów i zalewają nową falą goryczy. Czy okolica w jakiej się umawiali, gdy mijam to miejsce, czy gdy widzę model albo kolor samochodu, którym on ją woził, czy słowo "zdrada" padające w tv z ust jakiegoś skretyniałego kabareciarza, czy widok żony z telefonem w ręku. Nie zdawałem sobie sprawy, ile wokół mnie jest rzeczy przywodzących na myśl ten dramat. Obsesja? Być może, ale co z tego? Nie mogę się od tego opędzić, bez względu na to, jak to nazwiemy. Jak zawiną mnie w kaftan, to mi to pomoże? Psychotropy, hipnoza, czarna magia? Zgodziłbym się na prawie każdą niedorzeczność, byle to chociaż zelżało. Prowokowanie tych obrazów? O nie. Nie znalazłem na nie sposobu, choć jeszcze wszystkiego nie wypróbowałem. Gdyby ktoś z Was mógł coś poradzić, może z własnego doświadczenia... Za pomysły, by oddać się pod opiekę Jezusa czy coś, od razu dziękuję.

na wszelkie wypadek warto zbierać materiały do sądu


Mam już taki komplet dowodów, że więcej nie potrzebuję.

inna rzecz, jeśli nie potrafisz poradzić sobie ze świadomym kontrolowaniem popędu i nadajesz mu rangę, aż tak kluczowej potrzeby, to masz świadomość tego, że też jesteś zdolny wplatać się w to, w co wplątała się ona? na zasadzie "czuję, więc muszę", bo po co sobie odmawiać przyjemności, bez względu na konsekwencje;


tak, nagradzasz ją, bo nie ponosi konsekwencji zranienia Ciebie, nie czuje Twojego oddalenia,nie czuje więc,że zraniła i jak głęboko zraniła,tylko czuje jak lgniesz; dajesz więc komunikat, że niezależnie od tego jak Cię zrani i tak może Cię prowadzić na pasku, przez kontrolę nad Twoim popędem;


Tutaj chyba zostałem mylnie odebrany. Jeśli chodzi o seks z żoną, absolutnie nie mogę się tu zgodzić pod żadnym względem. Seks nie jest dla mnie ważniejszy, niż dla przeciętnego faceta. Nie jestem jakimś erotomanem, nie nadaję mu żadnej kluczowej rangi. Skąd wniosek, że nie radzę sobie z kontrolowaniem popędu? Bo chodzę z nią do łóżka, pomimo tego, co zrobiła? Być może jestem tak odbierany, bo większość zdradzonych małżonków ma wielki problem z pójściem do łóżka ze zdrajcą - tak wynika z różnych artykułów itp., z którymi się zapoznałem. Ja również miałem początkowo z tym duży problem, do dziś zresztą zdarza się taki dzień, że nie jestem w stanie uprawiać z nią seksu, z powodu jakiejś mniejszej odporności na myśli o niej z nim, lub większą siłę przebicia się tych wizji przez zapory, które staram się założyć wtedy w głowie. Ale faktycznie, w tym aspekcie chyba różnię się nieco od innych, bo jestem w stanie uprawiać z nią seks, i jak pisałem wcześniej, jest to jedyna przyjemna rzecz, która występuje w naszej obecnej relacji. A i to nie zawsze się udaje. Jeżeli ma się nam powieść w pozostaniu parą, to chyba dobrze, że łączy nas cokolwiek pozytywnego, prawda? Dużo gorzej byłoby, gdybyśmy nie mieli już zupełnie nic, oprócz wyłącznie negatywnych emocji względem siebie. Z całą pewnością jej tym nie nagradzam, i z całą pewnością ponosi konsekwencje zdrady. Wielu z was potępiłoby mnie, a szczególnie kobiety, gdybym przyznał się, w jaki sposób potrafię się do niej odnosić, zwracać, jakimi słowami ją nazywać, i jak często to robię. Otóż bardzo wulgarnie i prawie codziennie. Zarówno słownie, jak i w mailach. Momentami nawet już tego nie zauważam, ona mówi, że weszło mi to w nawyk. Zdaje mi się, że ona mogłaby seks odbierać w sposób wręcz przeciwny do nagradzania. Mówiłem jej, że to już dla mnie coś zupełnie innego, niż przedtem - została wyłącznie fizyczność. Mogłaby odbierać seks w znaczeniu, że ja jej zwyczajnie "używam". To byłoby dość upokarzające dla kobiety, jak mi się wydaje. Przybliżę może trochę naszą obecną codzienność, żeby nie było wątpliwości, czy do niej lgnę, czy ona sprawuje nade mną władzę za pomocą swych niewątpliwych wdzięków. Dni bywają różne, tak jak różne są moje nastroje. Zmienia się to często, choć z czasem chyba coraz rzadziej. Bywa, że nie mam ochoty ani na nią patrzeć, ani z nią rozmawiać, bywa, że jestem na nią zły, wściekły, okazuję pogardę i obrzydzenie, bywa, że jestem smutny, zrozpaczony, załamany, i bywa, że czuję się nieco lepiej i jestem w stanie zachowywać się okresami niemal normalnie. Proszę mi wierzyć, w każdym z tych przypadków jest nieprzyjemnie, a często wręcz koszmarnie. Całe dnie upływają koszmarnie dla mnie i dla niej. Nie ma miłych okresów, oprócz naszych zbliżeń. Nie robimy razem nic, pomimo rad terapeutów, że powinniśmy starać się robić cokolwiek innego, niż siedzenie w domu i grzebanie się w jej zdradzie. Wspólne wyjście po zakupy to maks. Teraz już trochę to osłabło (na całe szczęście), lecz przez pierwsze 3 miesiące, bardzo dużo rozmawialiśmy o niej i kochanku, co razem robili, co ich łączyło. Gadaliśmy godzinami, bez przerwy do późnej nocy, zaniedbując obowiązki, zaniedbując dzieci. Zadręczałem ją pytaniami, wałkowaliśmy każdy szczegół po kilka razy, nie obywało się bez awantur, niemal rękoczynów. Do teraz ją wypytuję, lecz już nie 16 godzin na dobę. Gdy jesteśmy w pracy też o tym rozmawiamy - wysyłając sobie maile, zamiast skupiać się na robocie. Nie daję jej zapomnieć o tym, czego się dopuściła i co o niej myślę, lecz zaznaczam, że nie jest to forma kary. Nie robię tego specjalnie, po prostu stało się to treścią mojego życia i w naturalny sposób wylewa się to ze mnie. Nie chcę jej karać, bo uważam, że to nie da mi żadnej korzyści, zresztą jaką karę musiałbym zastosować za taką zbrodnię? I jak miałoby to pomóc w zbudowaniu czegoś nowego? Niektórzy chcą w ramach ukarania zdradzić, by druga strona poczuła i zrozumiała ten potworny ból. Ja jej tego nie zrobię - bo ją kocham, poza tym, poczułbym raczej, że sam siebie zdradziłem, zamiast czuć satysfakcję, i w końcu taki genialny pomysł przekreśliłby z pewnością tę niewielką szansę, by udało się nam utrzymać przy życiu nasz związek. A mnie naprawdę zależy, żeby się udało, mimo, że nie potrafię znaleźć drogi do tego celu. Zapewniam, że ona wie, że mnie bardzo zraniła, lecz jak głęboko - tego nie wie, nie potrafi się nawet domyśleć. To, że się od niej oddaliłem wie również dobrze. Jak wspomniałem, nie jestem jakimś napaleńcem, jak 15-latek, któremu aż uszami idzie, żeby mogła ze swojej uległości zrobić pasek do prowadzania mnie. Seks u nas występuje, nierzadko, czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale zawsze dobrze, pomimo pewnych przeszkód. I chwała, że chociaż tyle nam zostało, bo chyba nie kojarzylibyśmy wtedy już ze sobą nic, poza bólem, strachem i doliną nad dolinami.

zaraz się okaże, że mamy HIV i co wtedy z dzieciakami


Natychmiast kazałem jej zrobić komplet badań na każdą zarazę. Zrobiła, widziałem wyniki, jest zdrowa.


jest tutaj sporo tych z nas, którzy zatrzymali partnerów i "uratowali" rodziny przed rozpadem, funkcjonujemy i to nawet dobrze, ale utrzymać związek , a odzyskać to co najcenniejsze i wrócić do miłości, to dwie różne bajki;


Właśnie dzięki Wam, moja nadzieja nie gaśnie, że jednak da się coś takiego pokonać. Rady i sugestie od osób, którym się powiodło, są chyba najcenniejsze, choć mądre słowo zawsze ma wartość, bez względu na to, od kogo wychodzi. Czytałem jednak całą masę komentarzy w innych przypadkach, w stylu "kopnij ją w dupę" i tyle. Zero pomocy, zero konstruktywnej krytyki czy porady - brutalny, wręcz obraźliwy osąd od kogoś sfrustrowanego własną porażką. Cieszę się, że jak dotąd nic takiego u mnie z Waszej strony nie miało miejsca.

amor dnia sierpień 11 2019 20:23:48
Wtedy nazwałbym to, że czułem się opuszczony. Tak naprawdę samotny czuję się teraz.

nie bardzo rozumie jak definiujesz i jak rozróżniasz opuszczenie od osamotnienia;
wg definicji opuszczenie jest stanem osoby osamotnionej;
dlatego pytam co decydowało o tym, że wcześniej Ci to nie doskwierało tak bardzo jak teraz?

mówisz o byciu "soplem lodu" , wydawało by się, że taki sopel lodu to pod wpływem ciepła zostanie uszkodzony, musi się więc co najmniej z daleka od niego trzymać;

Miłość pomiędzy dwojgiem ludzi oznacza, że należą do siebie.

pojęcie należności zawiera w sobie prawo własności; zobacz jak inaczej brzmiałoby "oddają się sobie";
to jest to pojęcie wolności o którym mówimy;
masz to dajesz ; a przyjmujesz to co dostajesz;
jak wymuszasz dawanie, czy silą, czy sprytem, w sposób świadomy, czy nieświadomy, to to jest miłość?;

zaakceptowanie faktu, że przyjmujemy tylko tyle ile dostajemy i to co dostajemy ułatwia życie; wolny człowiek zawsze może się do tego ustosunkować;

i tu masz absurd tego co dzieje się u Ciebie; ona mówi, że kocha, bo tylko tyle jest w stanie dać co daje i to nazywa miłością, Ty nie czujesz się kochany, bo tym co daje nie potrafi zaspokoić Twojej potrzeby; to samo miałeś u siebie wcześniej, dawałeś i nazywałeś to miłością, ale to nie było w stanie zaspokoić jej potrzeby;
rozumiesz już dlaczego mówimy Ci o tym, abyś szukał miłości w sobie i jej źródła?

Kontroluję co robi, bo jak wielokrotnie o tym pisałem - chcę wiedzieć, czy kłamie, czy mnie oszukuje. Czym wcześniej się dowiem, że znów się puszcza, tym łatwiej przez to przejdę. Mam też świadomość tego, o czym do mnie piszecie - powinienem zająć się czym innym - sobą samym, bo to najważniejsze. Ale też najtrudniejsze, nie potrafię zebrać w sobie tyle siły, żeby udźwignąć ten ciężar i ruszyć do przodu. Drepczę w miejscu, więc pielęgnuję swój ból? Chyba nie, po prostu nie potrafię stawić mu czoła. Nie mam sił ani pomysłu jak go uśmierzyć, co zrobić, żeby przestać go czuć. Nienawidzę tego bólu, jak jeszcze niczego w życiu.

a gdybyś mógł stawić czoła temu dreptaniu w miejscu odpuszczając sobie to kontrolowanie, zrobiłbyś to?

ból to inna sprawa, bo wynika z Twoje napompowanego ego; poczytaj o tym jak ego działa i jak przestaniesz się tak okrutnie bać liposukcji, to będzie można coś z tym zrobić;

nienawidzisz tego bólu, ale go w sobie pielęgnujesz, to jest własnie największa parodia naszego działania po zdradzie;

Prowokowanie tych obrazów? O nie. Nie znalazłem na nie sposobu, choć jeszcze wszystkiego nie wypróbowałem.

pojawiają się najsilniej, kiedy uprawiasz z nią seks, a jednocześnie mówisz, że ich nie prowokujesz? więc czemu sobie przynajmniej części z nich nie oszczędzisz?

Seks u nas występuje, nierzadko, czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale zawsze dobrze, pomimo pewnych przeszkód. I chwała, że chociaż tyle nam zostało, bo chyba nie kojarzylibyśmy wtedy już ze sobą nic, poza bólem, strachem i doliną nad dolinami.

to są jakieś tam etapy;
pierwszy okres zaraz po, to okres kiedy silnie włączają się atawizmy i człowiek niczym zwierzątko kopuluje by ugruntować swoją pozycję w ludzkim stadzie; potem zaczyna to do niego dochodzić i przychodzi obrzydzenie, niby do partnera/ki a w sumie do samego siebie, w zależności jak to wszystko przebiega i co się dalej wydarzy, to przechodzi w różne formy; od anorgazmi i czasowej impotencji, po "obojętnie z kim jak i gdzie", byle tylko przekonać się, że można wrócić do normalności, jak się nie wraca,bo zazwyczaj w takim momencie się nie wraca, to zaczyna się zgorzknienie i pochyła w dół; ogromną rolę odgrywa też wiek i naturalny temperament; czy tez kolejne doświadczenia i ich przebieg z kimś innym; bo albo przełamią lęki, albo je wzmocnią;

na tą chwilę nie wiesz czy ona się z kimś na boku nie bzyka, mówisz zrobiła badania, bo kazałem;
a wiesz, że HIV wyjść może w badaniach po pół roku i takie badania powinna robić kilka miesięcy po ostatnim współżyciu z nim ?

to o czym piszesz, że do niej nagle coś dotarło, to równie dobrze może być fakt, że dotarło do niej, że oczekujesz panicznie zapewnień i jak Ci je da, to będzie mieć święty spokój;
dajesz komunikat "potrzebuje seksu i pustych zapewnień", to i daje Ci to czego chcesz;
co Ci ten seks i zapewnienia dają?

matrix dnia sierpień 12 2019 10:00:18
Jednak jeśli kocham, nie ma prawa zaistnieć u mnie romans - długotrwałe, planowane zdrady, wplecione w gąszcz kłamstw, zatajeń, dzień po dniu, tygodniami, miesiącami. Miłość wyklucza taki obrót spraw, dlatego nie mogę zgodzić się z żoną, że mnie kocha i równocześnie przeprowadza na zimno tak długofalową, skomplikowaną intrygę, stając z obcym facetem przeciwko mnie, dzieciom, rodzinie. I to z jakiego powodu? Bo jej było niefajnie, a chciała mieć przyjemnie? Zapytałem terapeutę, czy to możliwe - kochać i zdradzać, i wiecie, co powiedział? Że tak, to możliwe, jednak nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć.

Jej zdrada nie musiała być planowana , i wcale nie skierowana przeciw Tobie i rodzinie. Wcale nie musiała myśleć aby cokolwiek rozwalać , dała sobie przyzwolenie na romans , poczucie bliskości którego u Was już raczej przez problemy dawno nie było. Mogła na swój sposób kochać Cię i zdradzać , jej kochanek był być może tylko odskocznią z którym nic więcej jak romans nie planowała. Nie każdy nawet świetny kochanek w łóżku nadaje się na partnera życiowego , dużo kobiet to widzi po jakimś okresie romansu , że z kochankiem nic po za tym co jest tj. sex , miłe słowa , adoracja to wszystko czego może od niego oczekiwać , dlatego często romanse nie wytrzymują próby czasu jak dodatkowo często dochodzą wspólne często poważne zobowiązania typu dzieci , kredyty itp.
Jeśli masz dowody jej zdrady tak jak pisałeś to zabezpiecz je i nie dotykaj tego , nie czytaj bo tylko się tym dobijasz . Wałkowania cały czas jednego tematu zamęczy was oboje.

Oirb dnia sierpień 12 2019 13:50:51
Ja zostałem... Różnie bywa. I nie licz że zapomnisz.

Upadly dnia sierpień 13 2019 01:02:48
Witaj

Mysle, że natrudniej jest Nam przyznac sie do pewnych slabosci z ktorymi nie radzimy sobie od lat. Wejrzyj w glab siebie a moze ujrzysz tam nadmiernie uzaleznionego od swojej partnerki czlowieka. Slabosc ta sprawia, ze jest Ci tym trudniej wyjsc z sytuacji w ktorej sie znalazłes. Wyrawała Ciebie ona z wygodnego stanu a stan ten brzmial - jestem Ja, Ona i to jest najwazniejsze.

Nowa sytuacja w ktorej sie znalazles to najwyzszy czas abys zmierzyl sie ze swoim lekiem przed nowym i nieznanym. Jest to rowniez czas na zakonczenie tego zwiazku. Twoja racjonalna czesc osobowosci juz dawno wie, ze to jedyna droga. Metoda wyparcia i walki moim zdaniem tutaj nic nie da. To co ona zrobila, to zdrada zbyt ciezkiego kalibru aby to wszystko moglo byc kontynuowane. Masz wybor albo Ty albo Ona. Jezeli Ty, to odejdz, wtedy pocierpisz jakis czas ale dojdziesz do siebie szybciej niz myslisz. Jezeli Ona, zostan, bedziesz cierpial do konca swoich dni.

Tym bardziej to wszystko jest obrzydliwe, ze wszystko zostalo zrobione "na sile". Ty kazales jej zerwac, nawet Ty napisales w jej imieniu. To żalosne odarcie z wlasnej godnosci. Ona w tym wszystkim gra role osoby pozbawionej kregoslupa moralnego i racjonalnego myslenia. Ty natomiast grasz role wybawiciela i w gruncie rzeczy Ty bardziej chcesz to ratowac. Nie ma tu przesłanek do kontynuowania malżenstwa, wszystko jest na "nie", tylko Ty chyba jestes slepy.

Pozdrawiam

dirty dnia sierpień 13 2019 21:25:18
Budzenie z amoku / przytrafił się ktoś - to właśnie ta idealizacja, tłumaczenie zdrady, próba kontroli zdrady z jednoczesnym tłumaczeniem, wtedy jakby ja lekko zmniejszasz.
Przebudziłes ja - z czym polemizuje dla jasności bo najczęściej to zwyczajnie dostajesz to czego oczekujesz, w końcu jest trudno sterowalna - ale budząc ja to już nie śpi - zagdza się ? To kontrola jest po co ? Gdyby jej się zdrzemnęło?
Nadal nie dostrzegasz odpychasz zdradę i realny obraz żony - tu miesza się właśnie ta idealizacja i zrzucanie z piedestału ... warto zrozumieć swoje postępowanie w tej kwestii .. tym bardziej wątpię w pobudkę - bo cóż ona ma znaczyć ? Odbudowanie uczuć czy brak kontynuacji romansu ? Na ten moment możliwe, ze pobudka realnie to tylko szybki kurs obsługi Ciebie w kryzysowej sytuacji ...?
To jeszcze nie jest dramatem ale tylko gdy jesteś tego świadomy nie przypisując na powrót nadprzyrodzonej mocy miłości i samej małżonce - złudzenia to jednak droga prowadząca raczej do nikad.

XENA78 dnia sierpień 18 2019 12:15:09
Morfeus, dokładnie wiem co czujesz. W maju odszedł ode mnie mąż. Zdradził mnie poraz kolejny... Powiem Ci tak... Nie posłuchałam swojej intuicji, która mówiła mi że zrobi to poraz kolejny. Dawałam szansę jedną za drugą. Czułam to samo co Ty. Nie wyobrażałem sobie życia bez niego, że nie będę mieć pełnej rodziny. Ponieważ w związku byłam z nim 23 lata znałam go bardzo dobrze ale zagłuszałam swój wewnętrzny głos. Postaraj się odpowiedzieć na pytanie czy ona się zmieni, czy nie zrobi tego samego za jakiś czas. Jeżeli twoja intuicja mówi Ci że tak to walcz o ten związek. Jeżeli odpowiedź jest przecząca to odpuść. Będzie ciężko nie ukrywam... Pozdrawiam. Wierzę że podejmiesz właściwą decyzję.

Deleted_User dnia sierpień 24 2019 11:04:00
.

Postaraj się odpowiedzieć na pytanie czy ona się zmieni, czy nie zrobi tego samego za jakiś czas. Jeżeli twoja intuicja mówi Ci że tak to walcz o ten związek. Jeżeli odpowiedź jest przecząca to odpuść.


Jak dotąd moja intuicja podpowiadała mi dość trafnie, jeśli chodzi o całą tę sytuację ze zdradą. Ale w tym przypadku jakoś milczy, to, co czuję, to chyba zwyczajny strach przed powtórką. Ciężko mi to przewidywać, mam straszny bałagan w głowie.
W tej chwili jesteśmy po pierwszym, wspólnym z żoną spotkaniu u terapeuty. Jak dla mnie nic to nie wniosło, ale przy pierwszym razie, to chyba dopiero zapoznanie się z nami i z problemem. Dowiedziałem się tylko, że jest dla nas szansa. Minęły już ponad 4 miesiące od wykrycia zdrady, a u mnie niewiele się zmieniło poza tym, że popadam w jakąś apatię, najchętniej bym chlał i spał. Myśli o tym i o nich, te obrazy itd. nie odpuszczają. Boli okrutnie. Żona powtarza, że mnie kocha i nie chce mnie stracić. Zapewnia, że w niczym nie kłamała i nie kłamie, i że z tamtym wszystko skończone. Między nami pogorszyło się, tzn. coraz mniej z nią rozmawiam, coraz częściej zdarzają się milczące dni. Temat jej zdrady siłą rzeczy także poruszamy rzadziej. Przestaję widzieć sens w naszych rozmowach, strasznie jestem tym już umęczony. Gdy zaczynam o tym mówić - oczywiście ona sama nie zaczyna nigdy, co zrozumiałe - to zanim odpowie cokolwiek, jest ciężkie westchnięcie, przewrócenie oczami itp - słowem wysyła mi sygnał pt. "ach skończ już o tym pier...ć" ale odpowiada, niechętnie, zdawkowo, ale jednak. Niestety łatwo wychwycić jej nieszczerość zarówno w tych odpowiedziach, i całej postawie, mowie ciała itd. Gdy ostatnio zapytałem czy jest ze mną szczera, przyznała, że nie jest, a po dwóch minutach stwierdziła, że jednak jest. Nie widzę sensu w nieprawdziwych rozmowach, stawką jest nasze małżeństwo i rodzina, a dla niej ważniejsze są jakieś pierdoły, z powodu których nie chce rozmawiać szczerze. O co tu chodzi? Gdy jej nie zaczepiam, ona również mnie nie zauważa. Coraz częściej mijamy się bez słowa, bez spojrzenia. Wygląda, że zmierza to w wiadomym kierunku. Mam ochotę się już poddać, coraz wyraźniej widzę, że to mi z nas dwojga naprawdę na nas zależy. Gdybym nie miał racji, ona zachowywałaby się inaczej, prawda?

Strona 2 z 8 < 1 2 3 4 5 > >>
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Podobne zdrady
Nie znaleziono podobnych tytułów zdrady.
Reklama Zjawy i demony
www.parapsychologia.zjawa.com
Logowanie
Login lub e-mail

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Aktywne tematy !!!
Stara rana
Moja historia i moja...
Kiedy to minie
Bo rozeszlismy się w...
Za co?
Byłem szczęśliwy
Jestem masochistka!!!
Kolezanka z pracy sm...
Straszny żal i brak ...
nie udaje się wrócić...
Beznadzieja
zaraz mnie zostawi?
Jak z tym skończyć
Bezsilność
Warszawa, okolice zd...
Nawet nie wiem jak t...
Zdrada Sam się w tym...
Podwójne życie mojeg...
Zdradzona zaraz po ś...
Zdradziłam i po tym ...
Nie śpij, bo Cię okr...
Muszę bo się uduszę
Bezradna
Podejrzenie zdrady
I co dalej...
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

batou
14/11 12:40
Witam

Archiwum
Reklamy
Masaż kręgosłupa
Copyright © 2007-2015 www.zdradzeni.info